Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna
Rozpoczął się Tydzień Misyjny!
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiara Ojców Naszych
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 14:21, 24 Paź 2016    Temat postu:

gosc.pl » Wiadomości » „Od uczniów wymagana jest miłość”. Dziś Dzień Misyjny
„Od uczniów wymagana jest miłość”. Dziś Dzień Misyjny

Jakub Jałowiczor
dodane 23.10.2016 10:45

Ludzie z każdego zakątka ziemi mają prawo usłyszeć orędzie zbawienia - przypomina papież.
Krzysztof Błażyca


Wszystkie ludy i kultury mają prawo do otrzymania orędzia zbawienia – pisze papież Franciszek w orędziu na Światowy Dzień Misyjny.

Dziś Światowy Dzień Misyjny. Z tej okazji papież Franciszek przypomina, że jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii „w każdym zakątku ziemi”. Oto tekst papieskiego orędzia:

Przeżywany przez Kościół Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia rzuca szczególne światło również na Światowy Dzień Misyjny 2016: zaprasza nas do spojrzenia na misję ad gentes jako wspaniałe, ogromne dzieło miłosierdzia, zarówno co do ducha, jak i co do ciała. W istocie w tym Światowym Dniu Misyjnym wszyscy jesteśmy zaproszeni do „wyjścia” jako uczniowie-misjonarze, każdy oddając na tę służbę swoje talenty, swoją kreatywność, swoją mądrość i doświadczenie, aby nieść orędzie Bożej czułości i współczucia całej rodzinie ludzkiej. Na mocy nakazu misyjnego Kościół troszczy się o tych, którzy nie znają Ewangelii, bo pragnie, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do doświadczenia miłości Pana. „Misją Kościoła jest głoszenie miłosierdzia Boga, bijącego serca Ewangelii” (Bulla Misericordiae vultus, 12) i głoszenie go w każdym zakątku ziemi, aby dotarła do każdej kobiety, mężczyzny, osoby starszej, człowieka młodego i dziecka.

(…) Od uczniów Jezusa idących drogami świata wymagana jest ta miłość, która nie odmierza, ale raczej dąży, by wobec wszystkich mieć tę miarę, jaką ma Pan; głosimy najpiękniejszy i najwspanialszy dar, jakim On nas obdarzył: Jego życie i Jego miłość.

Wszystkie ludy i kultury mają prawo do otrzymania orędzia zbawienia, które jest darem Boga dla wszystkich. Jest to tym bardziej konieczne, gdy weźmiemy pod uwagę, jak wiele niesprawiedliwości, wojen, kryzysów humanitarnych oczekuje dziś na rozwiązanie. Misjonarze wiedzą z doświadczenia, że ​​Ewangelia przebaczenia i miłosierdzia może przynieść radość i pojednanie, sprawiedliwość i pokój. Nie wyczerpał się ewangeliczny nakaz: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Co więcej zobowiązuje nas wszystkich, w aktualnych sytuacjach i wyzwaniach, abyśmy poczuli się wezwani do ponownego misyjnego „wyjścia”, jak to wskazałem także w adhortacji apostolskiej Evangelii gaudium: „Każdy chrześcijanin i każda wspólnota winni rozeznać, jaką drogą powinni kroczyć zgodnie z wezwaniem Pana, jednak wszyscy jesteśmy zaproszeni do przyjęcia tego wezwania: wyjścia z własnej wygody i zdobycia się na odwagę, by dotrzeć na wszystkie peryferie potrzebujące światła Ewangelii” (n. 20).

(misericors.org)

...

Misje czyli wielkie dobro.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:57, 04 Gru 2016    Temat postu:

gosc.pl » Wiadomości » 100 lat Papieskiej Unii Misyjnej
100 lat Papieskiej Unii Misyjnej

|
KAI |
dodane 04.12.2016 11:06

ks. Włodzimierz Piętka / Foto Gość

Kilkaset osób zebrało się w dniach 3-4 grudnia na Jasnej Górze, aby świętować rozpoczęcie jubileuszu.

We wspomnienie św. Franciszka Ksawerego 3 grudnia Papieska Unia Misyjna tradycyjnie zgromadziła się na Jasnej Górze na sesji misjologicznej i nocnym czuwaniu u stóp Czarnej Madonny. W tym roku spotkanie miało szczególny wymiar, gdyż rozpoczęło świętowanie 100. rocznicy założenia Papieskiej Unii Misyjnej przez bł. Pawła Mannę.

Część misjologiczna rozpoczęła się w sobotnie popołudnie Mszą św. pod przewodnictwem abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, który nawiązując do pracy misyjnej wielkiego patrona misji św. Franciszka Ksawerego, podkreślił znaczenie Papieskiej Unii Misyjnej w dziele krzewienia ducha misyjnego w Kościele powszechnym. Założyciela PUM arcybiskup nazwał wielkim animatorem ducha misyjnego zarówno wśród duchownych, jak i świeckich wszystkich.

Po Mszy św. w Sali im. A. Kordeckiego zebrani wysłuchali referatów o tematyce misjologicznej. Abp Henryk Hoser, ordynariusz warszawsko-praski oraz były misjonarz w Rwandzie przedstawił aktualne wyzwania stojące przed Papieską Unią Misyjną. Zauważył, że obecnie PUM przeżywa drugą młodość w krzewieniu ducha misyjnego we wszystkich członkach Kościoła, aby wyrwać ich w zamkniętego kręgu bezczynności misyjnej i obudzenia wszystkich ochrzczonych do dzielenia się radosną nowiną o zmartwychwstaniu Pana Jezusa tym, którzy Go jeszcze nie poznali.

Ks. prof. Marek Tatar z UKSW, nawiązując do jubileuszu 1050. rocznicy chrztu Polski omówił temat „Od chrztu do misji”. Podkreślił, że każdy ochrzczony jest wszczepiony w misyjne dzieło kościoła. Nie przyjmując tego imperatywu misyjnego, sprzeciwia się naturze chrztu i pozbawia się wyobraźni miłosierdzia, ponieważ najważniejszym naszym zadaniem jest dzielenie się darem wiary z tymi, którzy jeszcze nie poznali Jezusa Chrystusa – zaznaczył ks. Tatar.

O tym, że szerzenie miłosierdzia jest drogą do świętości misjonarza, wykazał w swoim referacie ks. prof. Stanisław Urbański, powołując się na przykład misyjnej posługi św. Matki Teresy z Kalkuty.

Część misjologiczną sympozjum wzbogaciło świadectwo misjonarza pochodzącego z ojczyzny papieża Franciszka o. Juan Carlos Araya IMC, który dał świadectwo Kościoła argentyńskiego.

Po części misjologicznej uczestnicy spotkania uczestniczyli w Apelu Jasnogórskim, któremu przewodniczył ks. prał. Tomasz Atłas, dyrektor krajowy PDM. Podziękował on Pani Jasnogórskiej za sto lat działalności Papieskiej Unii Misyjnej i za dobro, które dokonało się za sprawą jej członków oraz prosił o żywą wiarę i misyjny zapał dla wszystkich wiernych Kościoła w nowym roku duszpasterskim, któremu towarzyszy hasło: „Idźcie i głoście…”.

Po apelu rozpoczęło się całonocne czuwanie modlitewne. Adoracja była prowadzona przez studentów Centrum Formacji Misyjnej, przygotowujących się wyjazdu na misje.

Mszy św. o północy przewodniczył nuncjusz apostolski abp Salvatore Pennacchio. Przedstawiciel Ojca Świętego w Polsce podziękował w imieniu papieża Franciszka wszystkim członkom PUM za niestrudzoną i nieocenioną pracę na misyjnej niwie Kościoła w świecie i zawierzył ich na dalszy trud Matce Bożej Częstochowskiej, jako niewyczerpanego źródła zapału głoszenia Ewangelii.

Po Mszy św. rozpoczęło się nabożeństwo oparte na tekstach bł. Pawła Manny. Modlitwa była przeplatana świadectwami misjonarzy z różnych kontynentów.

Czuwanie zakończyło się o godz. 4.00 rano uroczystym zawierzeniem Pani Jasnogórskiej misyjnych spraw Kościoła w Polsce. W spotkaniu wzięli udział członkowie PUM, Róże Żywego Różańca oraz przyjaciele i sympatycy Unii.

Unia Misyjna Duchowieństwa (wcześniej Związek Misyjny Duchowieństwa) założona w 1916 r. w Ducencie we Włoszech, w Polsce została powołana z siedzibą w Warszawie, już w 1919 roku. W 1924 r. Episkopat Polski na konferencji w Częstochowie uchwalił jej reorganizację i wprowadzenie do wszystkich diecezji. Na wniosek Episkopatu w styczniu 1925 r. bł. Antoni Julian Nowowiejski, biskup płocki, został przez Kongregację Rozkrzewiania Wiary mianowany dożywotnio pierwszym prezesem krajowym Związku Misyjnego Duchowieństwa.

Bł. abp A. J. Nowowiejski zmarł w maju 1941 r. w obozie zagłady w Działdowie. W październiku tegoż roku w tym samym obozie został zamordowany bł. bp Leon Wetmański, sufragan arcybiskupa i sekretarz Związku Misyjnego Duchowieństwa.

Po II wojnie światowej Papieska Unia Misyjna była pomostem ciągłości historycznej i początkiem odnowy wszystkich Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce, które reaktywowano po powstaniu Komisji Episkopatu ds. Misji w 1967 r.

„Moim marzeniem jest, aby wszyscy ochrzczeni w Polsce stali się członkami Papieskiej Unii Misyjnej” – powiedział dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych w Polsce ks. Tomasz Atłas.

„To spotkanie na Jasnej Górze jest dla mnie inspiracją do jeszcze gorliwszej modlitwy w intencjach misyjnych Kościoła, a bł. Paweł Manna, założyciel PUM, będzie patronem naszej misyjnej róży różańcowej” - podzielił się swoim postanowieniem Andrzej, zelator z archidiecezji poznańskiej.

...

Misje zawsze sa powiewem swiezosci bo to Duch Swiety mocno dziala...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 18:51, 03 Sty 2017    Temat postu:

gosc.pl → Wiadomości → Ponad 2 tys. polskich misjonarzy w blisko 100 krajach świata
Ponad 2 tys. polskich misjonarzy w blisko 100 krajach świata
KAI
dodane 03.01.2017 12:55

\Anna Gordzijewska z Gorzow Wlkp. była na misjach w Kabwe w Zambii
Reprodukcja: Krzysztof Król /Foto Gość


Na misjach w 97 krajach przebywa 2007 polskich misjonarek i misjonarzy: 291 księży fideidonistów, 56 osób świeckich, 677 sióstr zakonnych oraz 983 zakonników - poinformował KAI bp Jerzy Mazur, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji przed obchodzonym 6 stycznia Dniem Modlitw i Pomocy Misjom.

W uroczystość Objawienia Pańskiego, 6 stycznia, Kościół w Polsce obchodzi Dzień Modlitwy i Pomocy Misjom. Tegoroczne hasło: "Idźcie i głoście... Z misjonarzami na peryferie świata" zwraca uwagę na misjonarzy, którzy głoszą Ewangelię i dają świadectwo miłości chrześcijańskiej w dalekich krajach.

Papież Franciszek wielokrotnie wzywał cały Kościół do wyjścia na peryferie nie tylko geograficzne, ale egzystencjalne. Kościół ma nieść Chrystusa zarówno tym, którzy nigdy nie słyszeli Ewangelii, ale także tym, którzy są chrześcijanami z nazwy, żyją na obrzeżach Kościoła lub poza nim i ulegli pokusie obojętności i niewiary.

W uroczystość Trzech Króli polscy katolicy dziękują "za dar wiary w naszej Ojczyźnie, zapoczątkowany chrztem Mieszka I. Wdzięczni Bogu za misjonarzy, którzy przynieśli Ewangelię na nasze ziemie, pragniemy wesprzeć modlitwą i ofiarami misjonarki i misjonarzy z Polski. Pracują oni na wszystkich kontynentach" - zaznacza bp Jerzy Mazur, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Misji.

Z okazji Dnia Modlitw i Pomocy Misjom bp Mazur skierował do wiernych komunikat, w którym zachęca do współpracy misyjnej.

Informuje w nim, że obecnie 2007 misjonarek i misjonarzy z Polski głosi Ewangelię w 97 krajach świata. Opuścili swe domy rodzinne, wspólnoty i diecezje, by "wśród trudności i przeszkód dzielić się skarbem wiary i służyć najuboższym z ubogich". Misjonarze prowadzą działalność charytatywną, edukacyjną i medyczną, stając się znakiem nadziei dla opuszczonych, sierot, starców, bezdomnych i wykluczonych. By prowadzić wspaniałe dzieła ewangelizacyjne potrzebują pomocy duchowej i materialnej.

"Wszyscy możemy im pomóc świadczyć o Chrystusie" - podkreśla bp Mazur. Przypomina, że 6 stycznia, zgodnie z zaleceniem Konferencji Episkopatu Polski, ofiary zebrane we wszystkich parafiach w całym kraju przeznaczone są na Krajowy Fundusz Misyjny. Z tego funduszu utrzymuje się również Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, gdzie obecnie 18 osób przygotowuje się do posługi misyjnej. Jest wśród nich 7 kapłanów diecezjalnych, 3 kapłanów zakonnych, 6 sióstr zakonnych, 1 kleryk i 1 osoba świecką.

Na misje do 97 krajów wyjechało 2007 misjonarek i misjonarzy. Obecnie mamy 291 księży fideidonistów, 56 osób świeckich, 677 sióstr zakonnych oraz 983 zakonników.

Polscy misjonarze są najliczniej reprezentowani w Afryce i na Madagaskarze - 810 osób (76 fideidonistów, 25 świeckich, 360 sióstr zakonnych i 349 zakonników). Drugim najczęściej wybieranym przez misjonarzy kontynentem jest Ameryka Łacińska i Karaiby, gdzie posługują 784 osoby (159 fideidonistów, 20 świeckich, 172 sióstr zakonnych i 433 zakonników).

W Ameryce Południowej pracuje na placówkach misyjnych 19 osób z Polski (5 fideidonistów, 1 świecka, 1 siostra zakonna i 12 zakonników).

W Azji i Azji Mniejszej mamy 327 misjonarzy (39 fideidonistów, 9 świeckich, 136 sióstr zakonnych i 143 zakonników).

W Oceanii posługuje na misjach 67 misjonarzy (12 fideidonistów, 1 świecka, 8 sióstr zakonnych oraz 46 zakonników).

...

Wspaniale to jest Polska. Daje Swiatu Boga Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 18:53, 06 Sty 2017    Temat postu:

Kolędowali dla Afryki

jg
dodane 06.01.2017 10:05

O. Bartuzi pokazuje skórę węża, którą przywiózł z Afryki
Jan Głąbiński /Foto Gość
zobacz galerię

To była niezwykła wizyta duszpasterska. Misjonarze pokazali afrykańskie stroje, instrumenty i... skórę węża.

Spotkanie z małymi góralami z parafii w Cichem-Miętustwie i jednocześnie uczniami cichowiańskiej szkoły prowadził o. Mariusz Bartuzi ze Zgromadzenia Misjonarzy Afryki, zwanych ojcami białymi.

- Mija 10 lat, od kiedy zostałem posłany z misjami do Afryki. Chciałem wam podziękować za dar modlitwy przez ten okres. Tworzymy razem jedną wielką wspólnotę chrześcijańską. Nigdy jej wartości nie można przeceniać - powiedział o. Mariusz.

Młodym góralom pokazał wiele symboli, m.in. figurę zwaną Makonde. - Obrazuje ona właśnie wspólnotę, każdy na pniu drzewa wykonuje różne czynności. Każdy z każdym jest ze sobą w jakiś sposób połączony. Zobaczcie, jak to pięknie wygląda - mówił o. Bartuzi.

Wielką radość zakonnik sprawił dzieciom prezentując skórę z węża, którą uczniowie chętnie dotykali. Niektórzy z nich przebrali się też w afrykańskie stroje. Zakonnik pokazał także instrumenty typowe dla mieszkańców kontynentu. Misjonarz przekazał ponadto kilka ciekawostek dotyczących, np. liturgii Mszy św. w Afryce. Pokazywał także na mapie, w których krajach pracował i studiował.

Na zakończenie tej szczególnej wizyty duszpasterskiej ks. katecheta Karol Paluch poprosił misjonarza o błogosławieństwo i wspólną modlitwę w intencji powołań misyjnych. Były także czas na zaśpiewanie kilku kolęd.

O. Mariusz Bartuzi pochodzi z Ratułowa koło Czarnego Dunajca. Miejscowość należy do parafii NMP Królowej Polski w Cichem-Miętustwie. Święcenia kapłańskie przyjął w Krakowie w lipcu 2006 r. z rąk bp. Józefa Guzdka.

Zgromadzenie Misjonarzy Afryki założył w 1868 roku arcybiskup Algieru, późniejszy kardynał Karol Lavigerie. Obecnie w zakonie ojców białych jest ponad 1900 duchownych, w tym 20 Polaków - ojców i braci studentów, działalnością misyjną obejmują 24 kraje afrykańskie.

...

Znakomicie Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 9:15, 13 Mar 2017    Temat postu:

Post nad miską ryżu

Joanna Jureczko-Wilk
dodane 12.03.2017 18:16

Mały woreczek ryżu zachęca do spełniania trzech wielkopostnych praktyk
Serwis parafii św. Teresy w Świdrze

Młodzi z parafii w Świdrze uszyli woreczki. W nich parafianie znajdą sposób na dobre przygotowanie się do Wielkanocy.

Młodzi z parafialnej grupy ponoć tygodniami siedzieli "jak świstaki ze sreberkami". Szyli kolorowe woreczki, do których wkładali 100 gramów ryżu. W ten sposób spakowali 60 kg. Do każdego woreczka doczepiali kartkę z informacją, że tylko jedna trzecia ludności świata jest syta. Reszta cierpi niedożywienie lub głoduje. A 100-gramowy woreczek ryżu dla wielu jest jedynym posiłkiem, który spożywają w ciągu całego dnia.

Akcję wymyślili Misjonarze Świętej Rodziny ze Świdra, by z jej pomocą wesprzeć działalność misyjną w krajach dotkniętych głodem. - Symboliczny woreczek ryżu ma uzmysłowić skalę głodu na świecie i jest wyrazem solidarności z tymi, którzy nie mogą zaspokoić podstawowych potrzeb. Oprócz tego ma też konkretny wielkopostny wymiar - mówi ks. Filip Manikowski MSF, odpowiedzialny za akcję w parafii św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Otwocku-Świdrze.

Organizatorzy zachęcają do tego, żeby w wybranym dniu Wielkiego Postu powstrzymać się od regularnych posiłków i zjeść tylko otrzymany woreczek ryżu. Zaoszczędzone w tym dniu pieniądze można ofiarować na cele misyjne, a czas, który poświęciłoby się na przygotowanie posiłków, warto przeznaczyć na modlitwę. Mały woreczek ryżu zachęca więc do spełniania trzech wielkopostnych praktyk: postu, modlitwy i jałmużny.

W marcowe niedziele po Mszach św. młodzi rozdają uszyte przez siebie woreczki. W ten sposób w pierwszą marcową niedzielę zebrali na misje 5 tys. zł. - Akcja przeszła nasze oczekiwania, bo parafianie przyjęli ją bardzo dobrze - mówi ks. Manikowski.

Woreczki pojadą też do innych parafii, w których Misjonarze Świętej Rodziny będą głosili wielkopostne rekolekcje, oraz do ich Wyższego Seminarium Duchownego w Kazimierzu Biskupim.

Zgromadzenie Misjonarzy Świętej Rodziny powstało 28 września 1895 r. Za patronkę jego założyciel Jan Berthier obrał Najświętszą Maryję Pannę z La Salette. Pierwszy dom zakonny powstał na terenie byłych koszar wojskowych w Grave w Holandii. Pierwsze śluby zakonne 6 nowicjuszy złożyło w 1900 r. Trzech z nich przyjęło święcenia kapłańskie w 1905 r. i byli pierwszymi kapłanami w zgromadzeniu, które 75 lat później liczyło już 1039 członków. Pierwsi misjonarze wyjechali do Brazylii w 1910 r. W tym samym roku powstał w Belgii pierwszy dom zakonny poza Holandią, a w 1936 r. podzielono zgromadzenie na prowincje.

Początki powstałej wówczas Prowincji Polskiej sięgają 1921 r., kiedy erygowano pierwszy dom zakonny w Wieluniu i Kazimierzu Biskupim, a dwa lata później w Górce Klasztornej. Obecnie prowincja ma 11 domów zakonnych w kraju (Bąblin, Ciechocinek, Gliwice, Górka Klasztorna, Kazimierz Biskupi, Poznań - dom prowincjalny, Rzeszów, Szczytna, Otwock-Świder, Wielki Klincz, Złotów) i 7 za granicą (Austria, Białoruś, Czechy, Kanada, Niemcy, Norwegia, Papua-Nowa Gwinea). Obsługuje 11 parafii oraz prowadzi 18 instytucji związanych z pracą na rzecz misji (zagranicznych i krajowych) i duszpasterstwa rodzin. Misjonarze pochodzący z Polskiej Prowincji pracują także w krajach Europy Zachodniej, USA, Argentynie, Brazylii, Chile, Indonezji i na Madagaskarze.

Więcej o tej akcji można dowiedzieć się z filmu pt. "Miska ryżu na misje", który nakręciła młodzież parafii w Świdrze.

...

Taka forma...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 15:03, 22 Kwi 2017    Temat postu:

Misje są tylko dla młodych!

Joanna Juroszek
dodane 21.04.2017 21:10

O misjach mówili młodzi koordynatorzy takich wyjazdów
Joanna Juroszek /Foto Gość
zobacz galerię

Jedni chcą zobaczyć słonia, inni - znaleźć żonę... Jakimi motywacjami kierują się młodzi chcący odbyć wolontariat misyjny, czym są misje, jakie przynoszą radości i trudności - mówili w Katowicach młodzi.

- Dostajemy e-maile, w których młodzi motywują nam chęć wyjazdu misyjnego. Jedni piszą: "chcę zobaczyć przysłowiowego słonia", inni: "kobiety w Polsce mnie nie doceniają - w Afryce znajdę swoją żonę" - komentowała Karolina z Salezjańskiego Wolontariatu Młodzi Światu z Krakowa.

Dodała, że w roku ubiegłym z 24 podań o roczny wolontariat Młodzi Światu na misje wysłali 4 osoby. W tym roku pojedzie już 28 młodych ludzi. Wyjaśniła też, że każdego wolontariusza, zanim zdecyduje się na wyjazd, czeka roczna formacja w Polsce.

13 tys. z nieba

O kondycji młodzieżowego wolontariatu misyjnego w Polsce w auli Wydziału Teologicznego UŚ mówili także przedstawiciele Salwatoriańskiego Wolontariatu Misyjnego Salvator z Trzebini, Komboniańskiego Wolontariatu Misyjnego Tucum z Krakowa, Werbistowskiego Wolontariatu Misyjnego Apollos z Nysy, ks. Maciej Będziński, sekretarz krajowy Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary i Papieskiego Dzieła św. Piotra Apostoła, oraz ks. Grzegorz Wita, wikariusz biskupi ds. misji archidiecezji katowickiej.

Wolontariusze wyjaśniali, że wyjazd misyjny nie może być ucieczką. Motywacją młodych nie może być też próba zmiany kraju, do którego się wyjeżdża. Dodali, że największą trudnością, z jaką spotykają się młodzi, jest brak akceptacji ich decyzji ze strony rodziny. Niezgoda najbliższych spotęgowała się zwłaszcza po zabójstwie wolontariuszki Heleny Kmieć, która posługiwała w Boliwii.

Problemem dla młodych nie są z kolei finanse. - Jeśli Bóg chce, żebyś pojechał, pieniądze na pewno się znajdą - komentowali. Karolina jako przykład podała sytuację swojej koleżanki, która potrzebowała 8 tys. zł na wyjazd do Ameryki Południowej. Na trzy dni przed wylotem miała jedynie 3 tys. Tego dnia przeprowadziła kolejną zbiórkę. Modliła się o 5 tys. Kiedy podliczyła wszystkie zebrane w tym dniu pieniądze okazało się, że miała ich 13 tys.

Młodych przywitał abp Wiktor Skworc. Dziękując im za ich misyjne zaangażowanie, przyznał, że to właśnie Polacy najbardziej pomagają misjom - i w kraju, i poza granicami. - Misje są tylko dla młodych! - mówił. - Nie chodzi tu tylko o młodość, którą wyznacza pesel, ale przede wszystkim o młodość, którą wyznacza Duch (...). Misje są dziełem Ducha Świętego.

Misje dla każdego

O tym, czym jest wolontariat misyjny, mówił ks. prof. Jan Górski z WTL UŚ.

W spotkaniu uczestniczyli też nasi śląscy misjonarze, m.in. ks. Rafał Lar, posługujący w Kazachstanie, Magda Tlatlik, która pracowała w Peru, Monika Krasoń, była wolontariuszka w Ugandzie, oraz klerycy wybierający się na staże misyjne do Afryki oraz Mołdawii.

Monika Krasoń, pielęgniarka z Łazisk Górnych, przez 2 lata posługiwała wśród niepełnosprawnych dzieci w Gulu w afrykańskiej Ugandzie. - Pamiętam dziecko, które miało wadę serduszka. Niestety była ona tak posunięta, że nic nie udało się już zrobić. Ale pamiętam też, jak to dziecko mnie zmieniało - mówiła łamiącym się głosem.

- Dla mnie te dzieci w dobie odrzucenia niepełnosprawności, rozmów o aborcji i eutanazji, są skarbem Kościoła. Wiele wniosły w moje życie. Misja mnie zmieniała. Przez spotykanych przeze mnie ludzi, Pan Bóg wylewał na mnie łaski. To bardzo mi pomaga po powrocie do Polski. Nieważna dla mnie jest kultura, tylko człowiek - dodała.

Przyznaje, że zachęca też innych na wyjazdy misyjne. - Uważam, że wszyscy powinni jechać na misje, żeby doświadczyć tego, jak tam jest i docenić to, co się ma tutaj - stwierdziła.

W sobotę 22 kwietnia od 9.30 w parafii bł. Karoliny Kózkówny w Tychach odbywa się IV Kongres Misyjny Archidiecezji Katowickiej. W programie:

9.30 - powitanie;

9.45 - spotkanie w grupach wiekowych (dzieci, młodzież, dorośli);

11.00 - Eucharystia (przewodniczy bp Adam Wodarczyk);

12.30 - posiłek i animacje misyjne;

14.00 - nabożeństwo misyjne i rozesłanie;

ok. 14.30 - zakończenie.

...

Nigdy nie jest za duzo o dobru jakim sa misje.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 16:41, 17 Lip 2017    Temat postu:

Na czym polega wolontariat misyjny?
Monika Florek-Mostowska | Lip 17, 2017
Dzięki uprzejmości Mid-South Mission of Mercy | Instagram
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


Zamiast na wczasy, wyjeżdżają, by pomagać innym. Biorą dłuższe urlopy, a czasami nawet porzucają wygodne posady. Wolontariusze misyjni. Chcą zmieniać świat, ale przy tym zmieniają siebie.


J
ako wolontariusze misyjni opiekują się dziećmi, budują szkoły, pomagają w ośrodkach zdrowia, hospicjach, szpitalach i domach dla „dzieci ulicy”. Ich destynacją są kraje misyjne. Kenia, Tanzania, Uganda, Kolumbia, Urugwaj, Kazachstan i każde inne miejsce na świecie, gdzie potrzebna jest pomoc. Podążają w ślad za misjonarzami, by wspierać ich dzieła społeczne, dzielić się swoim doświadczeniem, a często specjalistyczną wiedzą z konkretnych dziedzin.


Wolontariusze misyjni – wsparcie dla misjonarzy

W wielu krajach określanych jako kraje misyjne misjonarze stworzyli infrastrukturę, której miejscowa ludność potrzebowała. Wykopali studnie, założyli pompy, utworzyli pracowanie stolarskie, warsztaty krawieckie, drukarnie, przedszkola, szkoły czy ośrodki dla osób niepełnosprawnych. Teraz potrzebują wsparcia, by te instytucje działały dynamicznie i rozwijały się.

Tak jest m.in. w Rwandzie, w Kigali. Ośrodek zdrowia, założony przez ks. Henryka Hosera SAC, obecnego arcybiskupa diecezji warszawsko-praskiej, powiększył się w ostatnich latach o oddział położniczy. Codziennie odbywa się tam kilkanaście porodów. Siostry pallotynki – misjonarki, odpowiedzialne za placówkę, przyjmują przede wszystkim ubogie kobiety, które nie mają ubezpieczenia zdrowotnego i nie stać ich na opłacenie szpitala. Dlatego placówka nieustannie potrzebuje wsparcia.

W tym roku wyjeżdża tam wolontariuszka Fundacji Salvatti.pl, Maria Miłek. Niedawno zdobyła dyplom położnej i chce poświęcić rok swojego życia, by pomóc w Afryce. Barbara Dawidowska spędziła w Rwandzie i Demokratycznej Republice Konga 10 miesięcy. Na co dzień pracuje jako katechetka. Na wyjazd wolontariatu zdecydowała się w ramach urlopu zdrowotnego, by zregenerować struny głosowe.

Ponieważ ma uprawnienia masażystki, do Rwandy zabrała ze sobą 5 łóżek do masażu i prowadziła rehabilitację zarówno dzieci, jak i dorosłych. Stworzyła zupełnie nową jakość w dotychczasowej działalności ośrodków zdrowia, prowadzonych przez misjonarzy. Teraz zastąpią ją kolejne wolontariuszki, Ewa Witt, studentka fizjoterapii i Martyna Sobczyk, masażystka.

Agnieszka Ogorzałek, studentka, w szwalni prowadzonej przez misjonarzy zaproponowała nowy fason toreb na ramię. Lokalne szwaczki szybko się wdrożyły w ten projekt. W kolejnym roku go powtórzyły. Całą kolekcję wolontariuszka przywiozła do Polski, by sprzedać i zdobyć fundusze na kolejną edycję.
Czytaj także: Polacy tworzą pierwszą szkołę muzyczną w sercu Afryki


Czym wolontariat misyjny różni się od misji?

Wyjazdy wolontariackie na ogół trwają od miesiąca do około roku. Miesiąc to minimalny czas, żeby wdrożyć się w nową kulturę i posłużyć innym pomocą. Od misjonarzy wolontariuszy odróżnia to, że ich wyjazdy są krótsze i ukierunkowane nie tylko na pomoc ludziom w krajach misyjnych, ale także na wspieranie już po powrocie organizacji, dzięki której wyjechali na wolontariat.

Ideą wolontariatu misyjnego jest wspieranie działalności placówek misyjnych, ale także doświadczenie kultury danego kraju, by potem być swoistym „ambasadorem” misji.

Wielu wolontariuszy przywozi ze sobą do Polski nowe projekty, które potem wspólnie realizujemy – mówi ks. Jerzy Limanówka, prezes Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl. Edyta Dziurman, psycholog, nawiązała współpracę ze szkołą w Masaka w Rwandzie, przywiozła historie dzieci, sierot i półsierot, które obecnie wspieramy, szukając dla nich „patronów” w Polsce. Renata Dulias, wykładowca akademicki z Uniwersytetu Śląskiego, zapoczątkowała program stypendialny dla studentów z ubogich rodzin, a szczególnie zaangażowanych w życie parafii w swoich krajach.

Część osób po powrocie z wolontariatu nadal rozpala duch misyjny i po raz kolejny decyduje się na wyjazd wolontariacki. Honorata Szczęsna, zawodowo ekspertka w branży dekoracji wnętrz, po rocznym kursie wolontariatu już drugi raz wyjechała na misje. Rok temu była w Rwandzie. Wokół szkoły prowadzonej przez siostry pallotynki stworzyła pokaźny warzywniak. Nauczyła dzieci, że jeśli odpowiednio pielęgnujemy ogród, warzywa rosną nawet w porze suchej.

W tym roku zrezygnowała z pracy zawodowej i wyjechała do Indii na 8 miesięcy. Tam w wiosce Vutukur na południu kraju pomaga w sierocińcu prowadzonym przez księży pallotynów. Przyznaje, że życie w dostatku sprawiło, iż poczuła silną chęć dzielenie się z innymi i swoimi zasobami materialnymi, doświadczeniem i czasem. Podobnie było z Sylwią i Karolem, małżeństwem prawników. Rok temu wyjechali do Kenii. Teraz myślą o Kamerunie.
Czytaj także: Afrykańczycy są radośniejsi od nas. Rozmowa z wolontariuszką pracującą w Rwandzie [GALERIA]


Czy wolontariusz misyjny musi być osobą wierzącą?

Praca wolontariuszy misyjnych, choć działają oni pod egidą Kościoła katolickiego, nie polega na ewangelizacji wprost. Wolontariusze misyjni przede wszystkim służą swoim przykładem, zaangażowaniem i chęcią pomocy. Wyróżniają się wrażliwością na potrzeby innych. Pokazują ludziom z krańców ziemi, że świat o nich nie zapomniał. Okazują im swoje zainteresowanie, otwartość. Czasami najważniejsze jest to, że z nimi są.

Dobrze, jeśli wolontariusz misyjny jest osobą wierzącą, o pogłębionym życiu duchowym. Są jednak tacy, którzy zgłaszają się na wolontariat, bo czują przynaglenie, by pomagać innym, ale dopiero chcą poznać Kościół. Dla nich też jest miejsce w wolontariacie misyjnym. Można ich nazwać, powtarzając za niemieckim teologiem Karlem Rahnerem, anonimowymi chrześcijanami. Wcześniej nie mieli okazji poznać Boga, który by ich zachwycił i pociągnął, ale czuli w sobie chęć pomocy innym. Intuicja miłości bliźniego, bez względu na wyznanie, kulturę czy kolor skóry, była w nich żywa. I tak trafili do wolontariatu prowadzonego przez instytucję kościelną.

My nie pytamy wolontariuszy o motywacje, bo wszystkie one, włącznie z chęcią zmiany otoczenia, poznania nowej kultury i zwiedzania świata gdzieś się spotykają z chęcią pomocy innym – mówi ks. Limanówka.

Wiele takich osób zostaje nie tylko w wolontariacie, ale także w Kościele, bo w wolontariacie misyjnym dostrzegło realizację najwyższej wartości –miłości bliźniego – i dostrzegło oblicze Boga miłosiernego, który jest dla wszystkich.

...

To jest wielkie dzielo.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:44, 30 Lip 2017    Temat postu:

Siostra Julita – polska misjonarka, która nagrywa płytę!
Dominika Cicha
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


– Moja muzyka jest dla wszystkich, czyli dla młodzieży od lat pięciu do stu pięciu – śmieje się s. Julita Zawadzka. Właśnie nagrała swój drugi teledysk.


P
amiętacie siostrę Christinę z The Voice of Italy? A braci z Bronxu, tańczące siostry z Kolumbii czy Siervas – zakonnice, które grają na perkusji i gitarach elektrycznych? Za każdym razem, kiedy Boży szaleniec w habicie wkracza na scenę i robi dobrą muzykę, jesteśmy pod wrażeniem. Lubimy takie świadectwa wiary – pełne pasji i autentyczności. Macie tak samo?

Niedawno do grona wokalistek w welonach dołączyła s. Julita Zawadzka. Przez ostatnie 10 lat pracowała w Przedszkolu Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny w Zakopanem, a dziś zarządza placówką w Białymstoku.

Muzyka w jej życiu była obecna od zawsze. „Kiedy mam jakiś problem, coś się dzieje w moim życiu, Pan Bóg podsyła mi jakiś utwór, który pomaga mi przetrwać” – opowiada. Jak dodaje, duchowym ojcem jej powołania jest ks. Stefan Ceberek i choć jego muzyka nie jest współczesna, zawsze do niej przemawiała. Lubi też TGD, Abba Pater i La Pallotinę.
Czytaj także: Jestem wolna. A nowa piosenka Agnieszki Musiał tylko to potwierdza

Choć dobry słuch, wokalny talent i umiejętność gry na gitarze przydawały jej się w pracy z dziećmi, s. Julita nie przestawała marzyć o czymś więcej. „Pan Bóg daje nam marzenia po to, żeby je realizować. One nie są do końca ludzkie – to często Jego pragnienia. Ufam, że On tego chce” – mówi.

„Z darami Ducha Świętego trzeba wychodzić dalej. Miałam cały czas poczucie, że zatrzymuję je dla siebie, że nie w pełni realizuję je tak, jak Bóg tego chce. A On dawał mi to wyraźnie odczuć na modlitwie” – dopowiada.

Na decyzję przełożonych czekała bardzo długo, ale wierzyła, że to jeden z etapów misji, którą ma przed sobą. W końcu się udało. „Przez wolę moich przełożonych potwierdziła się wola Boża. Staram się podchodzić z wiarą do wszystkich spraw, które podejmuję i się na tym jeszcze nie zawiodłam” – przekonuje.

Zarówno utwór „Do światła z ciemności”, jak i wcześniejszy – „Nocą” siostra nagrała we współpracy z Adamem Szafrańcem i Arturem Kaszowskim.






Praca nad teledyskami jest dla s. Julity okazją do rozwoju. „Jestem raczej wstydliwą osobą, choć niektórym się wydaje, że jestem pewna siebie. Dla mnie to przekraczanie się dla dobra, w takim momencie zapominam o sobie. Na pewno jest to wysiłek, ale sprawia też dużo radości. Towarzyszy nam modlitwa wielu ludzi i czujemy to wsparcie w każdym momencie nagrywania” – mówi.
Czytaj także: Kasia Olubińska: Wcale nie jestem aniołem

Następnym krokiem będzie wydanie płyty (prawdopodobnie jesienią) i kolejne teledyski. „Trzeba działać, kuć żelazo, póki gorące. Niedobrze, gdyby za tą jedną rzeczą, którą zrobiliśmy, nic więcej się nie kryło. Naszym zamysłem jest pokazanie Boga jako kochającego Ojca” – opowiada s. Julita.

Jak podsumowuje, nie zamierza ograniczać się w gronie odbiorców. „Moja muzyka jest dla każdego, kto chce, kto lubi taki rodzaj i odkrywa w niej Pana Boga. Czyli dla młodzieży – od lat pięciu do stu pięciu”.

Aby wesprzeć wydanie płyty s. Julity, warto zajrzeć tutaj.

[link widoczny dla zalogowanych]

Wszystko dla Boga...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 17:36, 07 Sie 2017    Temat postu:

Ich nie da się zatrzymać! „Dzieło na misji” niedługo wyruszy do Etiopii
Aleksandra Gałka | Sier 07, 2017
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


Ośmioosobowa grupa młodych ludzi z inicjatywy „Dzieło na misji” 25 sierpnia wyruszy do Etiopii. Spędzą miesiąc w miejscowości Wassera, gdzie będą pracować z dziećmi i młodzieżą, walczyć z analfabetyzmem oraz pomagać w miejscowej przychodni.


„J
eśli chcecie, mogę was przygotować do misji” – powiedział nagle o. Ashenafi Abebe, misjonarz Consolata podczas jednego ze spotkań ze stypendystami Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” (FDNT). Któż nie myślał o wyjeździe na drugi koniec świata? Nie dziwi, że entuzjastów tego pomysłu było wówczas sporo…
Czytaj także: Katarzyna ze Sieny. Misja [prawie] niemożliwa


Poznaj ośmiu wspaniałych

Ostatecznie pozostała ósemka najbardziej zdeterminowanych – siedmioro podopiecznych FDNT: Roksana Barska, Natalia Billet, Anna Jagiełło, Joanna Jankowska, Łukasz Jaworucki, Oliwia Opacka i Paulina Wołek oraz „wolny strzelec”, student nanotechnologii ze Szczecina – Szymon Paczkowski.

Roksana w zeszłym roku ukończyła inżynierię i gospodarkę wodną na Uniwersytecie Przyrodniczym we Wrocławiu. Obecnie pracuje w nadzorze budowlanym drogi ekspresowej S5. W etiopskiej wiosce będzie uczyła dzieci oraz animowała im czas wolny.

Natalia jest na drugim roku pielęgniarstwa na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Jak sama przyznaje, ciągle mało jej zajęć, więc szuka kolejnych, m.in.: gra na gitarze i uczy się języka hiszpańskiego. W Wasserze pomoże w lokalnej przychodni.

Ania studiuje filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim, posiada uprawnienia do nauczania języka francuskiego. W Etiopii będzie właśnie uczyła dzieci – tym razem angielskiego, matematyki oraz informatyki.

Joanna jest studentką medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, a w Etiopii wykorzysta swoje umiejętności, by pomagać w przychodni.

Łukasz studiuje Bezpieczeństwo i Higienę Pracy w Radomiu. Oprócz tego pracuje jako automatyk elektronik, pochodzi z Sokołowa Podlaskiego i tam też mieszka. W Etiopii będzie uczył dzieci, choć z pewnością przyda się tam również jego zamiłowanie do majsterkowania.

Paulina w minionym miesiącu obroniła licencjat z dziennikarstwa i medioznawstwa. Na kilka dni po przyjeździe z Etiopii ponownie podejmie studia magisterskie na kierunku PR i marketing. W etiopskiej wiosce będzie uczyć dzieci i „zechce dać im trochę miłości”.

Oliwia studiuje kierunek lekarski, a w wolnych chwilach uczę się języków obcych (hiszpański, włoski, amharski) i jazdy konnej. Jak przyznaje, lubi życie, dlatego bardzo cieszy się, że zostanie lekarzem. W Etiopii również wesprze personel medyczny w przychodni oraz przeprowadzi warsztaty z profilaktyki chorób oraz zdrowego stylu życiu.

Szymon jako jedyny nie jest stypendystą Fundacji, ale – jak uważa reszta ekipy– czuje ten klimat i już wręcz został do niej „wchłonięty”. Studiuje nanotechnologię na Politechnice Szczecińskiej, a w Etiopii będzie uczył matematyki i „ciął” z Etiopczykami w siatkówkę.


Czytaj także: Na czym polega wolontariat misyjny?

Po co tam jechać?

Jakie są motywacje młodych? Większość nosiła w sobie tę myśl wcześniej, inni wpadli na pomysł spontanicznie. Na swojej stronie na Facebooku „Dzieło na misji” piszą:

W sercu każdego z nas pojawiło się pragnienie wyjazdu na misje. Cześć z nas marzyła o tym od dzieciństwa, inni śmiało zaczęli myśleć o tym dopiero od niedawna. Dzięki ojcom ze Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia możemy spełnić pragnienie pracy na misjach. Wsparcie otrzymujemy również ze strony Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, za co jesteśmy bardzo wdzięczni.

„Jak usłyszałam o tej grupie, też chciałam dołączyć, ale stwierdziłam, że muszę mieć konkret. Że tak w ciemno to nie idę” – wspomina Natalia Billet, studentka drugiego roku pielęgniarstwa.–„Obserwowałam to, co się dzieje w tych wolontariatach misyjnych. Ale wcześniej to było dla mnie absurdalne, że mogę wyjechać. Dziewczyna z małej miejscowości… Nawet nie oczekiwałam, że przyjadę tu, do Warszawy na studia” – dodaje.

O tym, że celem będzie właśnie Etiopia, rodzinna parafia o. Ashenafiego, zadecydowano na jesieni 2015 roku. Wtedy też Natalia zdecydowała się dołączyć do grona misjonarzy.

Roksana twierdzi, że wyjazd na misję to wręcz spełnienie jej marzeń:

Czekałam na okazję. Utwierdziło mnie w decyzji to, że grupę misyjną tworzą osoby z FDNT – młode, zdolne i ambitne , a opiekunem jest misjonarz, który pochodzi z kraju, gdzie będzie odbywała się misja.

Ania z kolei przyznaje, że jej decyzja o wyjeździe do Etiopii dojrzała podczas pobytu w Sanktuarium w La Salette. Mówiąc o swoich motywacjach odwołuje się bardzo często do Boga:

Nikt mnie nie przekonywał, to było moje marzenie. A Pan Bóg dał mi odwagę. Wyjeżdżam na misję, bo kocham Boga i ludzi i chcę ta miłością dzielić się z innymi.

Łukasza przekonał zaś sam o. Ashenafi:

Od samego początku, jak go tylko poznałem, urzekł mnie jego dystans do siebie i życia. Po kolejnych spotkaniach tylko się upewniam, że są to ludzie, których mentalność jest baaardzo zbliżona do mojej. Czyli, w sumie, przekonał mnie sam ojciec, swoją osobą. Poza tym lubię pomagać, a i w Etiopii nigdy nie byłem.

Jak to się stało, że o. Ashenafi tak chętnie zaopiekował się grupą młodych Polaków i postanowił zabrać ich ze sobą do Afryki?

„Myślę, że on jako ojciec-misjonarz chce szerzyć ducha misyjnego” – mówi Natalia.
Czytaj także: Armia polskich misjonarzy – na świecie pracuje ich ponad 2 tysiące!
Wszyscy równi

Zazwyczaj w grupie pojawia się lider, który ciągnie całość i przewodzi grupie. W „Dziele na misji” nie ma nikogo takiego.

To ciekawe, ale tutaj wszyscy jesteśmy na równi. Wychodzimy z założenia, że każdy jest odpowiedzialny, każdy wnosi coś wartościowego, cennego i to jest świetne, bo nie czujemy też presji do działania, tylko sami wychodzimy z inicjatywą i to się wszystko kręci. Bardzo mi się to podoba – mówi Natalia.

Od grudnia 2015 roku młodzi misjonarze rozpoczęli bardzo intensywne przygotowania, opracowali plan wyjazdu oraz ruszyli ze zbiórką pieniędzy. Zrobili kosztorys wyjazdu i okazało się, że potrzeba pokaźnej sumy. Wtedy wpadli na pomysł organizowania niedzieli misyjnych.

Zastanawialiśmy się, co dać ludziom w zamian. Wiadomo, że nie będziemy stać z puszkami po to, by zbierać kasę. Chcieliśmy dać coś od siebie. Paulina wpadła na pomysł, by robić mydełka. W ten sposób na mydłach zarobiliśmy kilkadziesiąt tysięcy – opowiada Natalia Billet, sama jakby nie dowierzając w rozmiary tej zbiórki.

Budżet podstawowy na bilety lotnicze, szczepienia, ubezpieczenie, zakwaterowanie, wyżywienie opiewał na 60 tysięcy złotych. Kwotę tę udało się uzbierać jeszcze przed terminem, który sobie ustalili.
Czytaj także: Manou: dorasta jako przestępca, spotyka Boga i staje się misjonarzem w świecie rapu



Dzieło się rozrośnie?

Młodzi misjonarze do przygotowań podchodzą „na serio”. Nie chodzi tylko o zbiórkę pieniędzy, szczepienia, czy plan prac na miejscu. Formację zaczęli od ducha. Za namową o. Ashenafiego razem czytali i rozważali encyklikę Jana Pawła II „Redemptoris missio”, w której papież wyjaśnia aspekty związane ze służbą misyjną w Kościele. Szereg rekolekcji, ale i wspólne weekendy, nauka języka ahmarskiego, godziny spędzone na pakowaniu bagaży i paczek, które będą wysłane do Afryki. Wszystko to, sprawiło, że studenci stali się sobie bardzo bliscy.

Wspólne wysiłki doprowadziły do tego, że „Dzieło na misji” urosło do bardzo poważnej inicjatywy ze sporym potencjałem. Potencjałem, który szkoda byłoby zmarnować…

Nie ukrywam, że marzy nam się, by jakoś to sformalizować. Wiadomo, że to trudna i długa droga. Na razie chcemy co roku kontynuować wyjazdy w takiej formie. Nie wiemy jeszcze, czy w to samo miejsce, czy kolejne, czy to będzie zawsze Afryka? – wyjaśnia Natalia.

Grupa tworząca „Dzieło na misji” ma szansę się powiększyć. Na obozach formacyjnych organizowanych przez Fundację wielu młodszych stypendystów przejawia chęci, dopytuje, deklaruje chęć dołączenia.

„Często o tym mówimy, że jesteśmy otwarci na nowych wolontariuszy” – mówi Natalia.
Czytaj także: Franciszek: Stańcie się wszyscy misjonarzami miłosierdzia w waszych domach i wspólnotach

Jadą z workami „prezentów”

Misjonarze podzielili się na dwie sekcje: pedagogiczną oraz medyczną. Tamtejsza młodzież i dzieci ma utrudniony dostęp do edukacji– szacuje się, że ponad 30% ludzi nie potrafi czytać i pisać. Chcą uczyć języka angielskiego, matematyki oraz informatyki.

Studenci zabierają ze sobą m.in. książki do nauki angielskiego, gry, zabawki, odzież i obuwie dla dzieci. Wezmą także asortyment medyczny: wiele jednorazowych akcesoriów, takich jak opatrunki czy strzykawki. Udało się zebrać także ciśnieniomierze oraz glukometry.

Do Etiopii zawiozą również kilka laptopów. Zorganizowali zbiórkę sprzętu elektronicznego i już po kilku dniach trzeba było ją wstrzymać – okazało się, że zainteresowanie darczyńców przerosło możliwości logistyczne studentów (każdy z nich może wziąć tylko dwie sztuki).

Etiopska kontrola celna może być bardzo rygorystyczna, toteż wiele sprzętów i produktów będą musieli kupić na miejscu. Chcą kupić m.in. agregat oraz projektor (przyda się do przeprowadzania zajęć), stąd wciąż potrzebne jest wsparcie finansowe.

Sekcja medyczna będzie wspierała codzienne działania miejscowej przychodni. Oprócz tego, przeprowadzą również warsztaty z profilaktyki chorób, pierwszej pomocy, zdrowego stylu życia oraz zdrowego odżywiania. Zaproszone do tego będą dzieci oraz ich rodzice.
Czytaj także: Równowartość jednego pączka to koszt wyżywienia afrykańskiego dziecka przez dwa dni. Wyślij pączka do Afryki!



„Nie boisz się?”

Studenci twierdzą, że są przygotowani na to, co zastaną na miejscu.

„Jest tam biednie” – przyznaje z pełną świadomością Natalia Billet. – Dla przykładu, rodziców nie stać, by wyprawić dzieci do szkoły, zakupić mundurek szkolny, który jest wymagany. Dla nas to są śmieszne pieniądze (ok. 60 złotych na dziecko), a dla nich to kwota, która uniemożliwia edukację”.

Najczęstsze pytanie zadawane młodym misjonarzom brzmi: „nie boisz się?”

Nooo… boję się, że wykażemy się niekompetencją, brakiem jakichś umiejętności. Ja sama boję się, że przywleczemy jakieś choroby. Poza tym, o resztę się nie martwię. Trzeba zaufać, że Pan Bóg poprowadzi tak, jak należy – mówi Natalia.

Paulina także nie ukrywa strachu:

Tak boję się, bo jestem tylko człowiekiem i strach jest normalnym uczuciem. Na szczęście mam wspaniałą grupę, w której możemy liczyć na wsparcie w każdej kwestii.

Oliwia wydaje się być z kolei bardzo spokojna:

Przez ogrom przygotowań i godzin spędzonych na opowiadaniu o wyjeździe czuje się bardzo spokojnie i ufam, że nic złego się nie wydarzy. Jestem dobrej myśli, z tego co mówi o. Ashenafi i inne grupy, które wcześniej odwiedzały Wassere, Etiopczycy są przyjaznym narodem. Mam niewielkie obawy przed nieznanym i tym, że coś może mnie bardzo zaskoczyć (czy to w przychodni, czy w kulturze lub jeśli chodzi o porozumiewanie się). Ale dopóki tam nie pojadę, nie dowiem się, czy warto było się obawiać. Nie poświęcam więc tym myślom zbyt wiele uwagi, a na wszystko co mogę, staram się jak najlepiej przygotować.

Łukasz przyznaje, że najbardziej myśli o rodzicach:

Boję się, ze rodzice będą się martwić. Zawsze mogli zadzwonić, a z Etiopii będą się dowiadywać o wszystkim ze sporym opóźnieniem. Może coś się stać, choroba, wypadek, ale najgorsze jest w tym to, że cierpieliby wtedy bliscy. Nie planuję żeby coś złego się stało, ale mama, to mama… Poza tym istnieje bariera językowa, amharski nie jest łatwy, a i angielski przydało się dobrze znać.
Czytaj także: Chcę wyjechać na misje. Co mnie tam czeka?


Jak przekonać mamę?

Innym ważnym etapem przygotowań jest „przeprawa” z bliskimi, którzy w obawie o zdrowie i życie dzieci-misjonarzy nie chcą pogodzić się z ich wyjazdem.

„Z mamą to były bardzo długie negocjacje” – wspomina Natalia Billet. – „To chyba było bardziej przekonywanie, żeby zmieniła nastawienie, niż do tego, by pozwoliła mi jechać. Decyzja już i tak była podjęta”.

– Pamiętam ten moment, kiedy mama zaakceptowała tę decyzję i poczułam, że mogę swobodnie mówić o misji – przypomina sobie studentka pielęgniarstwa.

– Kiedy to było?

– Jak zostawiła „lajka” na naszym fanpage’u – śmieje się.

Ósemka studentów jest już po przyjęciu Krzyży Misyjnych (są ważnym symbolem i mają ogromne znaczenie dla każdego posłanego na misję). Na uroczystość ich nadania przyjechali także rodzice każdego z nich. Ich obecność jest także przejawem tego, że akceptują decyzję swoich dzieci.

Misjonarzy wspierała także inna rodzina – Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, a wraz z nią stypendyści, którzy nie tylko służyli „dobrym słowem”. Włączali się w licytacje, zapraszali do swoich parafii na niedziele misyjne, ale także przelewali pieniądze „po cichu”. Merytoryczną opieką i radą służył z kolei ks. Dariusz Kowalczyk, prezes fundacji.
Czytaj także: Przejmujące świadectwo Polki z oblężonego Aleppo
Wciąż możesz pomóc!

Wszystkich, którzy chcieliby dołączyć do „Dzieła na misji” wolontariusze zapraszają do kontaktu przez ich stronę na Facebooku. Po powrocie z Etiopii będą pracować nad poszerzaniem grupy. Tymczasem wciąż można wspierać inicjatywę finansowo:




Zobacz zdjęcia z etiopskiej miejscowości Wassera, w parafii Św. Teresy od Dzieciątka Jezus w diecezji Hosanny, w której pracować będą misjonarze.

[link widoczny dla zalogowanych]

...

Brawo odwazni!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 7:57, 24 Paź 2017    Temat postu:

Polski kardynał, który na emeryturze pracował jako zwykły wikary. Na misjach w Afryce
Beata Zajączkowska | 23/10/2017
Grzegorz Galazka/SIPA/EAST NEWS
Mężczyźni niosą obraz przedstawiający kardynała Adama Kozłowieckiego podczas pracy na misjach w Afryce.
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


Pobyt w Auschwitz i Dachau nazwał „wakacjami”, na misjach przepracował 61 lat, brał udział w Soborze Watykańskim II i miał wpływ na jego misyjne dokumenty. Oto niezwykłe życie kard. Adama Kozłowieckiego.


B
ył jedynym kardynałem, który na emeryturze pracował w misyjnej parafii jako… zwyczajny wikary. Do Afryki wyjechał zaraz po oswobodzeniu z obozu koncentracyjnego w Dachau, ponieważ „niepodjęcie tej posługi byłoby wielką niewdzięcznością wobec Boga za łaskę przetrwania tego piekła”. Na kształcącym przyszłych misjonarzy Papieskim Uniwersytecie Urbaniana w Rzymie otwarto niedawno wystawę „In nomine Domini. Misjonarz Afryki kard. Adam Kozłowiecki 1911-2007”.
Czytaj także: Sam środek Afryki, a tam polscy misjonarze otwierają szkołę muzyczną. Pierwszą w kraju
„Wakacje” w hitlerowskich obozach

Ludzi takich jak kard. Kozłowiecki pozna człowiek w swoim życiu zaledwie kilku. Niewysoki, skromny, zawsze uśmiechnięty, z ogromnym dystansem do siebie. Pogodę ducha zalecał księżom jako jedną z metod udanej ewangelizacji. Mawiał, że nie bez znaczenia na jego losy pozostało to, iż urodził się w prima aprilis – 1 kwietnia 1911 r.

Jako młody kapłan-jezuita trafił do hitlerowskich obozów w Auschwitz i Dachau. Czas ten nazywał „pięcioletnimi wakacjami, które zafundował mu Adolf Hitler”. To właśnie w takich warunkach dojrzewało jego misyjne powołanie.

O cierpieniu, prześladowaniach i głodzie, jakie przyszło mu przeżyć mawiał, że to było najlepsze przygotowanie do trudów życia w Afryce. „W najcięższych chwilach zachowywał pogodę ducha, bo w wierze i modlitwie czerpał męstwo nadprzyrodzone” – wspominał jeden ze współwięźniów.
Adam Kozłowiecki: misjonarz w Afryce

Także na misjach miał świadomość tego, że to, co robi nie jest jego dziełem: „Często piszę, że zrobiłem mało w porównaniu z tym, co jest jeszcze tutaj do zrobienia, ale muszę przyznać, że nie ja, lecz Bóg przeze mnie już dużo dokonał”.

W Zambii przepracował 61 lat. Dotarł tam w 1946 r., gdy ta brytyjska kolonia była jeszcze Rodezją Północną. Wszechstronnie wykształcony aktywnie zaangażował się w walkę rdzennej ludności o niepodległość, prawa człowieka i sprawiedliwość społeczną. Był też zwolennikiem równouprawnienia ras.

Od pierwszych chwil na Czarnym Lądzie szedł do ludzi, rozmawiał z nimi. I tę bliskość po dziś wspominają. Stawiał na edukację i rozwój opieki medycznej. Dbał, by nie głodowali. Uczył racjonalnej uprawy roli, a gdy mucha tse-tse wybiła w okolicy misji wszystkie zwierzęta własnymi rękoma ciągnął prosty pług, by pomóc ludziom obsadzić ziemię. W ten praktyczny sposób pokazywał, jak radzić sobie z trudnościami i nie tracić nadziei.
Czytaj także: Armia polskich misjonarzy – na świecie pracuje ich ponad 2 tysiące!
Arcybiskup Lusaki i Sobór Watykański II

Przede wszystkim jednak przemierzał pieszo setki kilometrów z zapałem głosząc Chrystusa. Na początku swej posługi pracował w dziś chyba najbardziej znanym Polakom zakątku Zambii – dzięki afrykańskiej pasji Szymona Hołowni, czyli w Kasisi. Ta jezuicka misja obejmowała wówczas swoim zasięgiem ponad 300 wiosek. Budował tam kościół, dom sióstr służebniczek i szkoły.

W 1955 r. został pierwszym biskupem Lusaki, a następnie arcybiskupem metropolitą. Sprowadził wówczas wielu misjonarzy, doprowadził do znaczącego rozwoju życia zakonnego na tych terenach, otworzył pierwsze seminarium.

Swą posługą wydeptywał szlak misyjnego zaangażowania Kościoła i odcisnął znaczące znamię na kształcie misyjnych dokumentów Soboru Watykańskiego II, w obradach którego aktywnie uczestniczył.
Kardynał w buszu

Kiedy nastał czas dekolonizacji, zrezygnował ze stanowiska metropolity, by jego miejsce mógł zająć pierwszy czarnoskóry hierarcha. Rezygnację tę składał przez pięć lat z rzędu, aż w końcu Watykan ją zaakceptował. W 1969 r. powrócił do buszu i znowu stał się zwykłym misjonarzem.

Stwierdził wówczas: „Nie jestem kanarkiem, by siedzieć w pięknej klatce. Wracam do swoich”. Na kolejnych sześciu trudnych misjach pozostał przez niemal 40 lat, aż do śmierci.

Z terenu nie zdołał go odciągnąć nawet Jan Paweł II, który w 1998 r. mianował go kardynałem. Po konsystorzu w Watykanie kard. Kozłowiecki stwierdził: „Czuję się tu, jak słoń w składzie porcelany. Moją misją jest busz”. I wrócił do Afryki. Miał wówczas 87 lat.
Czytaj także: Przyjechałam uczyć się kochać. Polska wolontariuszka u Misjonarek Miłości
Opona jako kwietnik na grobie kardynała

Gdy nie mógł już prowadzić samochodu prosił innych misjonarzy, by pomogli mu dojechać na odległe wioski. Tam do samego końca odwiedzał ludzi, rozmawiał z nimi, udzielał sakramentów. Przede wszystkim spowiadał.

Na ostatniej misji w Mpunde, gdzie zmarł, najczęściej można go było spotkać siedzącego w wysłużonym konfesjonale. Miejscowi nazywali go dziadkiem. Na kilka godzin przed śmiercią powiedział do opiekującego się nim księdza: „Już jestem gotowy. Światło jest”. Spoczął w zambijskiej ziemi. Jego grób, jest tak samo prosty, jak całe jego życie; wysłużona opona samochodowa służy za kwietnik.
Co to znaczy być misjonarzem

W jednym z ostatnich wywiadów kard. Kozłowiecki wyjaśniał, co oznacza być misjonarzem:

Przede wszystkim, że trzeba iść do ludzi, by ich zbliżyć do Pana Boga. Trzeba uczyć ich prawdy i wiary; kłaść nacisk na wiarę. Tłumaczyć, co to znaczy wierzyć, bo wiara to nie wiedza, ale otwarcie się na Boga, na Jego sprawy i Jego plany. To uznanie i przyjęcie miłości, i uznanie władzy Pana Boga wobec każdego człowieka.

Ten niezwykły człowiek jest przykładem niezwykłego zawierzenia Bogu i ogromnego zapału misyjnego. To dzięki niemu i ciężkiej pracy tysięcy misjonarzy takich jak on Afryka w ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci stała się kontynentem chrześcijańskim. A teraz dzieli się ze światem swą wiarą i… misjonarzami.

...

To dopiero misjonarz!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 22:14, 24 Paź 2017    Temat postu:

„Płoń!”. Na świętego Klareta: piosenka o prawdziwym misjonarzu
Monika Burczaniuk
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


24 października to wyjątkowy dzień, w którym Misjonarze Klaretyni wspominają swojego Założyciela – św. Antoniego Marię Clareta, z tej okazji postanowili nagrać piosenkę, do której słowa napisał... sam święty!


D
roga Klareta do świętości, jak to zwykle w życiu bywa, nie była prosta. Był wychowany w wierze i od dziecka odznaczał się wrażliwością na los drugiego człowieka, ale z czasem jego zapał ewangelizacyjny, przyćmiło zamiłowanie do pracy (jego losy dzieją się w XIX wieku, jednak problem wydaje się bardzo współczesny). Błyskotliwa kariera młodego Hiszpana w rodzinnym biznesie (jego rodzina miała zakład tkacki) jest w rozkwicie, ale niebezpieczeństwo utraty życia w morzu i doświadczenie zdrady przez wspólnika – hazardzistę, sprawiają, że Klaret postanawia zostawić swoje dotychczasowe życie i zostać księdzem.


Klaret zakłada zgromadzenie

Jednak, jak się okazuje to też nie jest takie łatwe, po próbach wyboru właściwego klasztoru (miał w planach zakon kartuzów i jezuitów) mając dopiero 33 lata, w czerwcu 1841 roku spełnia się jego największe marzenie – otrzymuje z Rzymu tytuł Misjonarza Apostolskiego i zostaje posłany do głoszenia na wzór Apostołów.



8 lat później podejmuje także decyzję o założeniu Zgromadzenia Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Maryi, co zresztą robi 16 lipca 1849 r. Charyzmat nowego zgromadzenia opiera na napisanej przez siebie konstytucji, która po ponad 150 latach stała się inspiracją dla powstania piosenki:



Kto płonie miłością

i rozpala nią wszystko

niczego się nie boi

i raduje się w biedzie

Odważnie stawia czoła wszystkim przeciwnościom

Potrafi się cieszyć mimo prześladowań
Czytaj także: Kochaj mnie jak zapalniczka płomień. Piosenka Perfectu, która zbliży Cię do Boga


Definicja misjonarza



W naszej konstytucji jest bardzo ważny punkt, który nazywa się „definicją misjonarza”. Czyli kim jesteśmy, kim jest misjonarz klaretyn – mówi o. Marcin Kowalewski, wokalista i założyciel zespołu Fragua.



Do tego nawiązuje piosenka „CMF”. Jej tytuł to zakonny skrót z refrenu Syn Serca Matki (łac. Cordis Mariae Filius).



O. Marcin Kowalewski podpowiada, jak można traktować tę piosenkę:

Piosenka jest przypomnieniem, że każdy z nas, niezależnie od stanu jest misjonarzem. To znaczy, ze ma ogień, którym może zapłonąć i zapalić nim innych. To znaczy, ze jest do tego przekonany – po prostu kocha.



Posłuchajcie absolutnej premiery!

...

Tez dobry pomysl na wsparcie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 18:28, 23 Lis 2017    Temat postu:

Poznajcie s. Hanię, niezwykłą dyrektorkę szkoły z… dżungli!
Iwona Flisikowska | 23/11/2017
Tim Graham/Robert Harding/EAST NEWS
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


Życie na misjach jest specyficzne. Trzeba marzyć ich marzeniami i patrzeć na świat ich oczami – mówi siostra Hanna Gnatowska, pallotynka i dyrektorka szkoły w kameruńskiej dżungli.


„K
im jest dla mnie ubogi lub człowiek żyjący w ubóstwie? To niekoniecznie tylko ubogi z przysłowiowej Afryki… To może być prezes wielkiej firmy, jeżdżący najlepszą limuzyną i noszący na co dzień stylowe garnitury. Człowiek, który ma poczucie, że brakuje mu w życiu sensu istnienia czy doświadczenia prawdziwej miłości – mówi siostra Hanna Gnatowska, pallotynka i dyrektorka szkoły w kameruńskiej dżungli. – To właśnie brak miłości jest największą naszą biedą i ubóstwem” – puentuje misjonarka.


Kameruńska dżungla w cieniu wojny domowej

Kiedy 20 lat temu siostra Hanna pojechała na pierwszą placówkę misyjną do Rwandy, do Kigali Masaca, nie spodziewała się, że będzie często „ostatnią deską ratunku” czy „sister” od wszystkiego: akuszerką, bo trzeba odebrać dziecko w czasie porodu – nie ma problemu! „Mistrzem kierownicy”, po to, by jechać ponad „stówkę” na godzinę rozwalającym się samochodem, z siedzącym obok pasażerem, z nożyczkami w głowie… A do szpitala z 80 kilometrów – żaden problem, wspomina żartobliwie siostra.

Uczyła dziewczęta i kobiety szycia na maszynie, to normalka, łącznie z tym, że s. Hania musiała w mig opanować krawiectwo, choćby takie szczegóły jak przygotowanie kroju spódnicy czy sukienek regionalnych (europejskich też).

W razie potrzeby trzeba było błyskawicznie zdobyć mąkę i upiec ręcznie przysłowiowo ze „100 chlebów”… „To doprawdy szczegół” – uśmiecha się misjonarka. Przecież przepis i dobre wypieczenie chleba pamięta z rodzinnego Turowa na Mazurach. A do tego ramowy plan dnia, najważniejszy: modlitwa, msza św. i adoracja w kapliczce. Mogła to być na przykład uboga lepianka pokryta liśćmi bananowca…
Czytaj także: Chcę wyjechać na misje. Co mnie tam czeka?


Chciała zostać w Rwandzie w czasie wojny między Tutsi i Hutu

Kiedy rozpoczęła się bratobójcza wojna między plemionami Tutsi i Hutu, s. Hania stanowczo chciała pozostać ze swoimi podopiecznymi, m.in. dziećmi z sierocińca w Kigali Masaca. Ale rozchorowała się na malarię i była bardzo osłabiona.

„Odpuściła” pomysł pozostania w ogarniętej wojną Rwandzie dopiero, kiedy przełożona wyraźnie powiedziała, że ma wracać do Europy „póki jeszcze żyje”. „Wracaj do nas zdrowa i w pełni sił” – dodała przełożona sióstr Misjonarek Pallotynek, aby siostra Hania nie miała już żadnych „ale”… i wątpliwości.

Wiemy, jak straszna i krwawa była wojna w Rwandzie. Oglądając słynny film „Hotel Ruanda”, mamy choć „nikłe” wyobrażenie do jakiego dochodziło ludobójstwa… I wielu ran. Również tych emocjonalnych i psychicznych.

Przez dwa lata siostra studiowała psychologię, terapię, po to, aby jak najszybciej powrócić do „swoich”, do Rwandy i pomóc bliskim… „Te studia pomogły mi bardziej zrozumieć i pomóc ludziom będących w głębokiej depresji i traumie… Praca na wiele lat, bo, rany duszy i serca są najgłębsze” – puentuje misjonarka.

„Następne lata po powrocie do Rwandy, to był czas odbudowywania tego kraju, ale też odbudowania człowieka. Pierwszy krok, to po prostu miłość i akceptacja – mówi s. Hania – i bycie z ludźmi w ich codzienności. Marzyć ich marzeniami i patrzeć na świat ich oczami…”.
Czytaj także: Spacer po ulicy Heleny Kmieć już możliwy. Libiąż uhonorował misjonarkę


Szkoła w dżungli

Powołaniem, ale też wielkim wyzwaniem i pasją jest teraz dla s. Hani prowadzenie szkoły w dżungli w Kamerunie.

To niezwykłe miejsce dla najuboższych dzieci stworzyła s. Judyta Bilicka, pallotynka, niestety już nieżyjąca, której wielką miłością była Afryka i pomoc ubogim dzieciom, a także zwyczajne życie: „Jak dobrze przeżyć każdy dzień, który jest jeden jedyny, jutrzejszy będzie już inny… Koniecznie trzeba podziwiać piękno wschodzącego słońca każdego ranka, padający śnieg, a może i ulewę, i błoto po kostki” – napisała w jednej z książek s. Judyta.

S. Hania często wspomina niezwykłą misjonarkę, której udało się zapewnić naukę i godne życie wielu dzieciom. „Obecnie mamy w szkole aż 243 uczniów. To sporo, jak na tak trudne warunki. Zwłaszcza, że dzieci chorują, więc potrzebne są często drogie lekarstwa np. na malarię. Trzeba też dbać o dobre wyżywienie i higienę. Wyremontować łazienki. Mieć zawsze odłożone pieniądze na pensje dla nauczycieli, którzy są tubylcami i jedynymi żywicielami rodziny. Nie może zabraknąć tych pieniędzy, bo to oznacza dla nich głód i rozpacz całej rodziny. To wszystko nie jest takie proste, ale rąk rozkładać nie będę w bezsilności, tylko robić to, co się da” – opowiada siostra Hanna.


Pierre Cardin w afrykańskim buszu

„Roześmiane buzie dzieci w szkole to dla mnie najfajniejsze podziękowanie za codzienny trud – zwierza się s. Hania. – One naprawdę doceniają życie i szczerze zdumiewa mnie ich niezwykła pomysłowość, np. zrobienie sobie zabawki z najprostszych elementów. Choćby z gałganków zrobiona piłka do kopania. Jeszcze do niedawna chodził do naszej szkoły roześmiany od ucha do ucha Maluch. Miał na imię Pierre Cardin, tak jak słynny projektant mody. Dla nas imię niezwykłe, a dla tubylców prawie powszednie, znane z pokolenia na pokolenie, związane też z wpływami francuskimi w tej części Kamerunu” – mówi misjonarka.

Pierre Cardin zmagał się z chorobą, ale starał się być uśmiechnięty, pomimo cierpienia. Był sympatyczny i koleżeński w klasie. Przegrał, tak po ludzku patrząc, z chorobą, ale w pamięci mieszkańców pozostanie dzielnym, uśmiechniętym chłopcem.
Czytaj także: Siostra Julita – polska misjonarka, która nagrywa płytę!


Ubodzy są wśród nas…

Siostra jest wdzięczna za każde życzliwe słowa i gesty, które wspierają jej pracę w szkole, w dżungli. Często słyszy, że ci ludzie są bardzo biedni i smutni. Wtedy odpowiada, że to są tylko schematy myślowe, bo mieszkańcy dżungli mają w sobie dużo wewnętrznego bogactwa, choćby ich miłość do Boga i ludzi.

A kim jest dla niej ubogi lub człowiek żyjący w ubóstwie? „To niekoniecznie tylko ubogi z przysłowiowej Afryki. To może być prezes wielkiej firmy, jeżdżący najlepszą limuzyną i noszący na co dzień stylowe garnitury. Człowiek, który ma poczucie, że brakuje mu w życiu sensu istnienia czy doświadczenia prawdziwej miłości. To właśnie brak miłości jest największą naszą biedą i ubóstwem” – puentuje misjonarka.

Wszyscy, którzy chcieliby wesprzeć dzieło misyjne Sióstr Pallotynek, zachęcamy do zapoznania się ze szczegółami.

...

Misje wielka rzecz.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 13:00, 06 Sty 2018    Temat postu:

14 księży przede mną nie przyjęło propozycji, by zostać tam proboszczem
Monika Florek-Mostowska | 06/01/2018

AP/FOTOLINK
Udostępnij





Komentuj

Drukuj

Ksiądz na misjach: odprawia msze święte, głosi rekolekcje, prowadzi szkołę i dom dziecka, pracuje na swych polach bawełny i chili, zarządza, sprzedaje… Wstaje codziennie o 4.00, żeby ze wszystkim zdążyć.

Z ks. Kishorem Raju Bezzamem SAC, pallotyńskim misjonarzem z Indii, rozmawia Monika Florek-Mostowska.



Monika Florek-Mostowska: Odprawia Ksiądz msze święte, głosi kazania i pracuje w polu. To ostatnie zajęcie zupełnie nie pasuje do kapłaństwa.

Ks. Kishore Raju Bezzam: Jestem pallotynem, a nasz założyciel, św. Wincenty Pallotti, rzymski kapłan zawsze powtarzał, by odczytywać znaki czasu, bacznie obserwować rzeczywistość i na nią odpowiadać. Nie robię nic innego, jak właśnie to.
Czytaj także: Nowe objawienia maryjne w Indiach? Świadkowie czuli zapach jaśminu



Jaki „znak czasu” nakłania Księdza do pracy w polu?

Cztery lata temu biskup przekazał pallotynom parafię w wiosce Vutukuru, można by rzec „na końcu świata”, w południowo-wschodniej prowincji Andra-Pradesh na południu Indii. Sto pięćdziesiąt rodzin żyjących na granicy ubóstwa i puste pole.

Czternastu księży przede mną nie przyjęło propozycji, by zostać tam proboszczem. Ja się zgodziłem. Początkowo mieszkałem kątem u ludzi. Szybko zauważyłem, że żadne z miejscowych dzieci nie chodziło do szkoły. Najbliższa szkoła była oddalona o 30 km. Zresztą rodzice wcale nie chcieli dzieci posyłać do szkoły. Gonili je do pracy w polu, by zarobić kilka rupii.

Wśród dzieci było wiele sierot, które mieszkały kątem u sąsiadów oraz półsierot. Zacząłem więc szybko budowę domu dziecka, by miały dach nad głową i bezpieczne miejsce oraz kościoła. W planach miałem budowę szkoły. Skąd miałem wziąć na to fundusze? Na kawałku parafialnego pola zacząłem uprawiać paprykę chili. Na sprzedaży plonów zarobiłem całkiem sporo. Potem otrzymałem kolejny kawałek pola od pewnego bogatego człowieka, nawiasem mówiąc, wyznawcy hinduizmu i zasiałem tam bawełnę.



I sam Ksiądz na nim pracował?

Pracowałem. Wtedy bardzo mało spałem. Zresztą do tej pory, choć zatrudniam ludzi świeckich i opłacam ich pracę, dużo pracuję. Pilnuję upraw, zarządzam, sprzedaję. Wstaję codziennie o 4.00, żeby ze wszystkim zdążyć.



I z tych upraw udało się zbudować dom dziecka i kościół?

W znacznej mierze tak. Do tego jeszcze głosiłem kazania w innych parafiach, prowadziłem rekolekcje. Oba budynki w stanie surowym stanęły dość szybko. Wtedy w niewykończonym kościele zorganizowałem szkołę dla dzieci, by zaczęły jak najszybciej zdobywać wiedzę.



I dzieci przyszły do szkoły?

To nie było takie łatwe. Mimo tego, że dzieci chciały się uczyć, rodzice im zabraniali.



Co Ksiądz wtedy robił?

Tłumaczyłem konieczność edukacji nie tylko na kazaniach. Przez kilka miesięcy odwiedzałem rodziny. Zasiadałem z nimi do kolacji, kiedy wracali z pola do domu i przy misce ryżu dużo rozmawialiśmy. Mówiłem im: jeśli wasze dziecko pracuje w polu, zarobi zaledwie kilka rupii. A jeśli będzie się uczyć, w przyszłości otrzyma dobrą pracę i może zarobić miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy rupii. Wtedy będzie się mogło także wami opiekować.

W końcu ludzie nabrali do mnie zaufania i można było rozpocząć zajęcia szkolne. Na razie dzieci siedzą na podłodze, na klepisku i tak się uczą, ale staramy się jak najszybciej zbudować szkołę. Także dzięki naszej pracy w polu. Wokół kościoła suszymy zebraną paprykę chili. Parafia tętni pracą. Musi, by odmienić los tych dzieci.



Nie otrzymuje Ksiądz wsparcia od bogatszej Europy?

Właśnie jestem w Polsce po to, żeby podziękować Polakom za otwarte serca, za ich prostotę i szczerość. To Polacy za sprawą Fundacji Salvatti.pl wsparli budowę domu dziecka aż 15 000 euro. Dzięki temu mogliśmy wykończyć dom, kupić lodówkę i pralkę. Kiedy mówię kazania do Polaków, również czuję się jak spełniony rolnik, bo widzę, że w tym kraju ziarno chrześcijańskiej wiary przynosi bogate owoce dobroczynności.



A w Indiach są szczodrzy bogaci ludzie, którzy wspierają ubogich?

U nas na ogół bogaci ludzie to wyznawcy hinduizmu. W tej religii jest wielu bogów i bogiń. Kiedy idzie się do świątyni, trzeba im składać kosztowne ofiary. I bogaci to czynią przede wszystkim.



Ale kiedy zgrzeszą, bogowie nakładają na nich surowe kary…

Właśnie. Tak wierzą wyznawcy hinduizmu. W chrześcijaństwie jest odwrotnie. Zamiast kosztownych darów wystarczy ofiarować Jezusowi Chrystusowi otwarte serce, a kiedy się popełni grzech, można przyjść i spotkać się z miłosierdziem i przebaczeniem. Dlatego Hindusi nawracają się na chrześcijaństwo dość często, posyłają swoje dzieci do chrześcijańskich szkół, obchodzą chrześcijańskie święta.



To też obfite owoce pracy duszpasterskiej.

Praca duszpasterska w Indiach bardzo przypomina pracę na polu bawełny. Najpierw siejemy niewielkie ziarno, często w glebie niewystarczająco uprawionej, pracujemy w trudzie, ale później zbieramy obfite plony, z których jest wielki zysk, czego przykładem jest choćby wciąż rosnąca liczba powołań do kapłaństwa i życia zakonnego.
Czytaj także: Polski kardynał, który na emeryturze pracował jako zwykły wikary. Na misjach w Afryce

Ks. Kishore Raju Bezzam od 12 lat jest pallotynem. Pracuje w Indiach. Jako kleryk odbywał praktyki duszpasterskie pracując wśród najuboższych z Misjonarkami Miłości, zgromadzeniem założonym przez Matkę Teresę z Kalkuty. Wtedy zdał sobie sprawę, że to właśnie oznacza „pójście za Chrystusem”. Po święceniach kapłańskich przez kilka lat pracował jako formator w seminarium duchownym, ale kiedy zaproponowano mu wiejską ubogą parafię w prowincji Andhra Pradesh, ani chwili się nie wahał. Podjął to wyzwanie i w ciągu kilku lat udało mu się zmienić życie okolicznych mieszkańców na lepsze.

Można wspomóc działalność ks. Kishora wpłacając na konto:
KONTO: Bank Pekao SA 44 1240 1095 1111 0010 3468 8020
TYUŁEM: DAROWIZNA INDIE
NAZWA: Pallotyńska Fundacja Misyjna Salvatti.pl

...

Ekstremalne warunki.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 10:03, 05 Lut 2018    Temat postu:

Elizabeth Scalia
Chcesz mieć spokojny sen? Odmów tę wieczorną modlitwę

Ks. Łukasz Kachnowicz
Ksiądz zdradza, ile trzeba dawać w kopercie podczas kolędy

Joanna Operacz
A może klasyka? 10 męskich imion, które nigdy nie wyjdą z mody

Dominika Cicha
Zobaczyli zdjęcie córki na plakacie proaborcyjnym. Twitter przeprasza

Katarzyna Szkarpetowska
Panie Boże, pamiętaj, że w piątek jest sprawdzian z historii! Dzieci piszą listy do Boga

Redakcja
Mackiewicz: Jestem tu bliżej Boga. I śpiewa Abba Ojcze [wideo]

Magda Jakubiak
7 najciekawszych współczesnych kościołów w Polsce

Tomasz Reczko
„Do Jezusa Ipanienki” – najpopularniejsze przejęzyczenia w kolędach

Aleksandra Gałka
Żona Mackiewicza dziękuje za pomoc. „Proszę nie mówić o Nim źle… był, jest Pięknym i Dobrym Człowiekiem”

Piotr Bogdanowicz
Po czym poznać leniwego człowieka? Oto cztery jego cechy według Biblii

Elizabeth Scalia
Chcesz mieć spokojny sen? Odmów tę wieczorną modlitwę

Ks. Łukasz Kachnowicz
Ksiądz zdradza, ile trzeba dawać w kopercie podczas kolędy

Joanna Operacz
A może klasyka? 10 męskich imion, które nigdy nie wyjdą z mody

Dominika Cicha
Zobaczyli zdjęcie córki na plakacie proaborcyjnym. Twitter przeprasza

Katarzyna Szkarpetowska
Panie Boże, pamiętaj, że w piątek jest sprawdzian z historii! Dzieci piszą listy do Boga

Redakcja
Mackiewicz: Jestem tu bliżej Boga. I śpiewa Abba Ojcze [wideo]



DOBRE HISTORIE
Położna w Afryce: mam misję, by każda kobieta mogła godnie rodzić
Anna Salawa | 05/02/2018

Archiwum prywatne
Udostępnij 0 Komentuj 0
„A Ty już rodziłaś?” – zapytała mnie na wstępie. No tak, w sumie jakie pytanie może zadać położna z powołania?

„Tak, dwa razy” – odpowiedziałam i poczułam ulgę, że dzięki temu jestem bardziej godnym rozmówcą.

Zawód położnej był Monice w zasadzie przeznaczony. Urodziła się w domu – rodzice nie zdążyli dojechać do szpitala. Poród odbierał tata. Wielokrotnie wspominał, że było to najpiękniejsze wydarzenie w jego życiu. Monika zafascynowana tą historią poszła na położnictwo. I wtedy w czasie praktyk na sali porodowej okazało się, że tata nie opowiedział o wszystkim. Zapomniał dodać, że poród to przede wszystkim ogromny ból i cierpienie rodzącej. Ale nie zniechęciło to Moniki. Poczuła, że to miejsce dla niej. Że chce pomagać kobietom w tych przełomowych momentach.

Czym dla Ciebie jest poród? – dopytuję. „To bardzo intymne wydarzenie, nasycone niezwykle silnymi emocjami – odpowiada Monika. – Dlatego tak bardzo zbliża do siebie. Niejednokrotnie zdarzyło mi się, że rodzące zwierzały się ze swoich życiowych rozterek. Mam kilka przyjaźni, które zrodziły się na sali porodowej. Ba! Zostałam nawet matką chrzestną dziewczynki, której pomagałam przyjść na świat!”.

Czytaj także: Piękno domowego porodu


Położna na misjach
Obok pasji do położnictwa w Monice rodziła się wielka miłość do misji. W jej parafii działa Stowarzyszenie Misji Afrykańskich. Na studiach pojechała z nimi na miesiąc do Togo. Mówi się, że w Afryce można się albo zakochać albo ją znienawidzić. Monika zdecydowanie zafascynowała się Czarnym Lądem. Postanowiła, że na pewno tam wróci. Po skończeniu studiów wyjechała do Tanzanii, gdzie przez trzy lata pracowała jako położna.

Czym różnią się kobiety rodzące w Polsce od tych rodzących w Afryce? – pytam. „W Afryce przy porodzie nie ma nigdy mężczyzn, za to często obecnych jest wiele kobiet z rodziny: matka, siostra, babcia. Choć często do samego szpitala czy na badanie dziewczyna przychodzi z męską obstawą. I jak w gabinecie zadaję jakieś pytania, to odpowiada mąż, bo ona nie ma prawa głosu. A kiedy dochodzi już do samego badania, to kobiety bardzo się wstydzą – często odsłonięcie brzucha i zrobienie USG przy mężu jest niemożliwe, bo kobiety się tak krępują.

Zdarzają się również sytuacje konfliktowe, kiedy mężczyźni mocno się buntują, że biała baba z Europy chce decydować o losach ich kobiet. Pamiętam taką sytuację, jak przyjechała do nas kobieta w ciąży bliźniaczej z zaawansowaną malarią. Jej stan był krytyczny, ale szwagier, który z nią przyjechał na wizytę, nie chciał jej zostawić w szpitalu, bo tłumaczył, że ona musi wrócić do wioski i opiekować się resztą dzieci. Na szczęście udało się go przekonać i uratowaliśmy tę dziewczynę.

W Afryce kobiety również inaczej przeżywają śmierć. Nie chcę powiedzieć, że łatwiej się godzą, ale inaczej to przechodzą. Śmiertelność przy porodzie jest dużo większa niż w Europie. Np. w Tanzanii, gdzie pracowałam, wynosiła 5 procent. Ale jeśli dziecko urodzi się żywe to już połowa sukcesu. Później czekają je kolejne bitwy: AIDS, malaria…”.

Czytaj także: Chcę wyjechać na misje. Co mnie tam czeka?


Galeria zdjęć


Wędka a nie rybki
„Jestem zwolenniczką mądrego pomagania – tłumaczy Monika. – Wolę edukować, niż dawać wszystko na tacy. Ja do Afryki wpadam już tylko na chwilę, dlatego zależy mi, żeby przyuczać dziewczyny na miejscu do zawodu położnej. W czasie swojego pobytu na misji prowadziłam również coś à la szkoły rodzenia. Ale w czasie tych spotkań przekazywałam dziewczynom bardzo podstawowe informacje – np. ile trwa ciąża. Niektóre nawet nie potrafią liczyć. Nie wiedzą, że ciąża nie trwa 12 miesięcy tylko 9.

Starałam się też uczyć je naturalnych metod planowania rodziny. Choć tam panują bardzo trudne warunki do tego. Kobiety często nie mają dostępu do czystej wody, nigdy nie mierzyły sobie temperatury, więc obserwacja własnego ciała dla nich jest bardzo trudna. Najczęściej opowiadałam im o kalendarzyku i prostych wyliczeniach, kiedy kobieta jest płodna. Niestety, mam poczucie, że ta metoda niekoniecznie jest skuteczna w Afryce. Temat antykoncepcji w krajach rozwijających się jest złożony i nie można go w żaden sposób uprościć i uogólnić. Znajomi się ze mnie śmieją, że misje zliberalizowały moje podejście do antykoncepcji. Nie jestem jej zagorzałą zwolenniczką, ale widziałam prawdziwe życie kobiet w Afryce i zmieniłam swoje podejście. Wielokrotnie przychodziły do mnie prosząc o pomoc. Miały dopiero 25 lat, a już siedmioro dzieci.

W plemieniu Sukuma, wśród którego pracowałam, mężczyźni uważają, że kobieta jest jak gleba, powinna rodzić co roku. A one często są już zmęczone, zrozpaczone. Boją się, że kiedy odmówią współżycia z mężem, to on pójdzie do innej. A przecież w tym rejonie ok. 25% społeczeństwa jest nosicielami wirusa HIV. Nie wiem. Nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Powinno to być jakoś inaczej rozwiązane”.

„Niestety, nie wszyscy w etyczny sposób pomagają w Afryce – kontynuuje opowieść. – Słyszałam o firmie farmaceutycznej, która przed wypuszczeniem leków antykoncepcyjnych na rynek, testowała je na dziewczynkach z podstawówki w Kenii. Często zdarza się również, że rozdawane są kiepskiej jakości leki z Chin, które bardzo źle wpływają na zdrowie dziewczyn. Zaplecze aborcyjne również jest bardzo duże. Na wioskach pracują felczerzy, którzy bardzo często kradną sprzęt ze szpitali i wykonują zabiegi. Niestety, często kończą się one również śmiercią pacjentki”.

Czytaj także: Antykoncepcja hormonalna. Czy zawsze jest zła?


Po co to robisz…?
„Mam taką osobistą misję, żeby każda kobieta mogła godnie rodzić. Niezależnie od swojej rasy czy religii. A zwłaszcza, kiedy poród nie ma niestety swojego szczęśliwego zakończenia. Jakiś czas temu w Polsce w Boże Narodzenie przyjmowałam poród martwego dziecka. Bardzo to przeżyłam. Z jednej strony rodzi się Pan Jezus, a tu umiera dziecko. Weszłam wtedy do sali tej pacjentki, powiedziałam jej dzień dobry, choć doskonale wiedziałam, że on wcale nie był dobry, tylko najgorszy na świecie. Ale właśnie w takich momentach chcę być blisko i pomagać, jak tylko potrafię”.

....

Wspaniale po prostu!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 11:25, 16 Lut 2018    Temat postu:

2050 polskich misjonarzy służy na świecie. Wylosuj jednego i wejdź na misyjny szlak
Katarzyna Matusz-Braniecka | 15/02/2018

fot. o. Marek Adamczuk OMI
Misjonarze w Kanadzie Północnej.
Udostępnij Komentuj 0
Oni naprawdę potrzebują naszego duchowego wsparcia. Wybierz dziś „Misjonarza na Post”.

„Śmierć Pani Heleny Kmieć pokazuje, że na misjach trzeba być gotowym na wszystko, nawet na śmierć. Ten kto udaje się na misje, wystawia na niebezpieczeństwo swoje zdrowie czy kondycję psychiczną. Dlatego potrzebne jest duchowe wsparcie” – mówi abp Stanisław Gądecki.

Czytaj także: Helena Kmieć. To miał być jej ostatni wyjazd. Potem chciała założyć rodzinę
W Wielki Post już piąty rok z rzędu rusza akcja, w ramach której możesz włączyć się w duchowe wsparcie misjonarzy poprzez: post, modlitwę, ofiarowanie cierpienia lub inne dobre postanowienia.



Polacy na misjach
Obecnie 2050 Polaków jest na misjach. Są wśród nich księża diecezjalni, zakonnicy i zakonnice oraz misjonarze świeccy. Przebywają w 100 krajach na wszystkich kontynentach. Jak podaje portal misyjne.pl – najwięcej polskich misjonarzy posługuje w Kamerunie, Zambii, Tanzanii, Madagaskarze, Republice Południowej Afryki, Demokratycznej Republice Konga i w Rwandzie.



Czy chciałbyś dokonać czegoś wielkiego?
„Święta Teresa nie ruszyła się za mury klasztoru, a została patronką misji przez to, że modliła się za misjonarzy. Nasza modlitwa, a jeszcze w połączeniu z postem naprawdę może bardzo wiele” – mówi Dariusz Kowalski.

„Możesz zostać misjonarzem, możesz zostać patronem misji. Możesz zrobić coś tak dobrego, że nawet sobie nie wyobrażasz” – dodaje aktor, który włączył się w promocję akcji.







Wylosuj misjonarza
Postanowienia mogą być najróżniejsze. Ktoś może chcieć ograniczyć czas poświęcony na gry komputerowe, a ktoś inny postanowi codzienną modlitwę za misjonarza. Intencja jest jedna, ale form realizacji może być mnóstwo – wyjaśnia o. Marcin Wrzos OMI, redaktor naczelny „Misyjnych Dróg”.

W czasie trwania akcji pomyśl o czymś, co możesz ofiarować w intencji wylosowanego misjonarza. „Wybierzcie coś, z czego naprawdę będziecie musieli zrezygnować. Wybierzcie jednego misjonarza, adoptujcie jednego misjonarza modlitewnie na cały Wielki Post, to będzie tak, jakbyście z nim pojechali” – zachęca Patrycja Hurlak, aktorka.



Weź przykład z Arcybiskupa
Abp Stanisław Gądecki, przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski i metropolita poznański, już wylosował misjonarza, którego będzie duchowo wspierał. Został nim brat Daniel Kloch OMI, który wyjechał na Madagaskar 27 lutego 1992 r.

W Marolambo brat Kloch OMI prowadził szkołę przygotowującą chłopców z buszu malgaskiego do zawodu stolarza. Przed ukończeniem szkoły chłopcy ci otrzymują certyfikat i komplet narzędzi stolarskich, dzięki czemu mogą rozpocząć działalność zawodową w rodzinnych stronach. Często stają się tam katechistami i starszymi we wiosce.



Co brat Daniel robi dzisiaj?
Aktualnie pracuje w mieście portowym Tamatav. Zajmuje się ochroną życia poczętego i ochroną tych dzieci, które są porzucane przez swoich rodziców. Założył stowarzyszenie „Bronimy życia”, które daje szansę na rozwój dzieci zagrożonych aborcją bądź porzuceniem, szczególnie bliźniąt, które są dotknięte malgaskim fadi, czyli przekleństwem.

„Przebywając w buszu, byłem zaszokowany śmiertelnością kobiet i dziewcząt przy porodzie, jak i liczbą kobiet porzucających w buszu nowonarodzone bliźnięta. W krajach takich jak Madagaskar wiedza o rozwoju życia jest bardzo mała” – mówi brat Daniel. Dzięki pracy brata Klocha OMI udało się zmniejszyć śmiertelność malgaskich dzieci o 90% – w miejscach, gdzie dociera jego pomoc. Br. Kloch szerzy też na Czerwonej Wyspie kult Bożego Miłosierdzia.



Galeria zdjęć




Co Twoja modlitwa oznacza dla misjonarza?
„Modlitwa za misjonarzy jest ogromnie ważna. Jestem bardzo wdzięczny za tę akcję i modlitwę tylu ludzi w naszej intencji” – mówi ksiądz Józef Gwóźdź SVD, misjonarz z Panamy.

A ojciec Andrzej Borowiec pracujący na misjach w Boliwii dodaje: „Pracujemy bardziej intensywnie, służymy bardziej intensywnie, jeżeli czujemy, że ktoś tam w naszej ojczyźnie wspomaga nas swoją modlitwą i służba misyjna nie jest mu obojętna. Serdeczne Bóg zapłać”.



I Ty możesz się włączyć!
W ubiegłym roku w akcję włączyło się ponad 12 tys. osób. Liczymy, że w tym roku będzie nas jeszcze więcej – mówi Zofia Kędziora, koordynatorka tegorocznej edycji.

Wszystko co trzeba zrobić, aby wziąć udział w akcji, to wypełnić krótki formularz znajdujący się na stronie Misjonarz na Post, w którym podajesz imię, nazwisko i adres mailowy, na który zostaną wysłane dane wylosowanego misjonarza.

...

Cenna akcja wsparcia misji.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:02, 25 Lut 2018    Temat postu:

sje? Odpowiada misjonarz z Zambii
Przemysław Radzyński | 25/02/2018

Archiwum prywatne
Udostępnij Komentuj
Materialne wsparcie misji powinno być inspirowane modlitwą i płynąć z poczucia odpowiedzialności za dzieło misyjne Kościoła. Jest to dzieło wszystkich wierzących, a my - misjonarze jesteśmy tylko reprezentantami Kościoła na pierwszej linii frontu - mówi ks. Paweł Fiącek, salwatorianin pracujący w Zambii.

Przemysław Radzyński: II niedziela Wielkiego Postu w Kościele w Polsce jest przeżywana jako Dzień Modlitwy, Postu i Solidarności z Misjonarzami. Jaki rodzaj solidarności jest najważniejszy?

Ks. Paweł Fiącek: Najważniejsze jest wsparcie duchowe i mentalne. Jeśli ktoś zna osobiście misjonarza, to dowolna forma zainteresowania jego pracą, wsparcia przez dobre słowo, jakiś wyraz życzliwości daje mu poczucie, że są „bratnie dusze”, które czują się współodpowiedzialne za to dzieło. My misjonarze czujemy się reprezentantami Kościoła, który nas posłał. Mamy świadomość, że to jest misja całego Kościoła i przez to nie jesteśmy sami.



Misjonarz: Dla mnie modlitwa to nie teoria
Misjonarze głosząc kazania w Polsce przy okazji zbierają ofiary na misje. Zanim poproszą o wsparcie finansowe zawsze proszą o wsparcie modlitewne. To nie kurtuazja?

Dla mnie modlitwa nie jest teorią. Ad hoc mogę podać dwa przykłady, kiedy namacalnie czułem autentyczną moc modlitwy. Abstrahując od tego, że – wiem to – wiele inspiracji, sił i wytrwałości w pracy na zwiększonych obrotach jest po prostu wymodlone.

Ma Ksiądz bliznę na czole…

Tak. Pod koniec 2016 roku miałem wypadek na motorze przy prędkości ok. 40 km / h na nierównej szutrowej drodze – i ani się nie połamałem, ani nie stało mi się nic poważniejszego oprócz kilku zadrapań.

A drugi przypadek?

W ubiegłym roku miałem śmiertelnie niebezpieczne „spotkanie” z kobrą plujką. Po ukąszeniu przez nią ma się tylko godzinę na podanie antidotum. Do najbliższego szpitala z mojej misji jest 20 minut samochodem, ale tam nie mieli leku. Musiałbym jechać do Lusaki, a to już 1.5 godziny. Na szczęście nie zostałem ukąszony, tylko opluty jadem, który szybko zmyłem z twarzy; więc obeszło się bez konsekwencji. Dla mnie to oznaka Bożej opatrzności. Wierzę, że Pan Bóg chce mnie tam mieć, więc mnie chroni. Ale równocześnie czuję w takich sytuacjach wsparcie modlitewne od moich przyjaciół.

Czytaj także: Chcę wyjechać na misje. Co mnie tam czeka?


Duchowa adopcja misjonarza
Czyli prośby misjonarzy o modlitwę nie są tylko dla zachowania pozorów…

Zdecydowanie! Modlitwa to podstawa. Co mi po wsparciu finansowym, gdybym postradał życie lub zdrowie? Choć przyznam, że i od strony materialnej niczego nam na misji, póki co, nie brakuje. Jeżeli jest wsparcie duchowe i ufność złożona w Panu Bogu, to konieczne środki materialne też się znajdą. Trochę w myśl nauczania Pana Jezusa – „szukajcie wpierw królestwa niebieskiego, a wszystko inne będzie wam dodane (por. Mt 6,33)”. Otrzymuję konkretne tego dowody.

Na przykład?

Przy parafii prowadzimy szkołę misyjną. W ubiegłym roku już w czerwcu skończyły się pieniądze na pensje dla nauczycieli. Zastanawiałem się, co zrobić. Nagle dostaję informację na Messengerze. Znajomy pyta, czy u mnie wszystko w porządku, bo mu się przyśniłem i odczytuje to jako znak. Powiedziałem, że tak, że misja się rozwija, że działamy na różnych frontach, ale podzieliłem się też tym jednym zmartwieniem. W odpowiedzi usłyszałem, że dobrze się składa, bo jego firma w tym roku przynosi nadspodziewanie dobre wyniki i on chce to jakoś Panu Bogu wynagrodzić. Niebawem konto naszej misji zostało zasilone sumą 2500$, które wystarczyły do końca roku szkolnego, czyli do grudnia. Ja nie zdążyłem nawet pomyśleć, gdzie o te pieniądze prosić. Ufałem i robiłem swoje. Pan Bóg sam się zatroszczył. Wiem, że ten znajomy razem z żoną i czterema córkami modlą się codziennie za misje. Wierzę, że to jego zainteresowanie było zainspirowane modlitwą. Jeśli priorytet jest położony na sprawy ducha, to wszystko inne też się układa.

Jaka modlitwa za misjonarzy będzie najbardziej owocna?

Każda forma jest dobra. Ogromne znaczenie ma na pewno modlitwa wspólna całego Kościoła w te dwa dni w roku szczególnie dedykowane pamięci o misjach – niedziela „Ad gentes” w Wielkim Poście i III niedziela października rozpoczynająca tydzień misyjny. Dobrą inicjatywą jest czasowa modlitwa w ramach akcji „Misjonarz na post”, a bardziej wymagającą, bo na całe życie – Duchowa Adopcja Misjonarza. W tym drugim przypadku możliwy jest też osobisty kontakt między misjonarzem i omadlającą go osobą.

Czytaj także: Helena Kmieć. To miał być jej ostatni wyjazd. Potem chciała założyć rodzinę
Galeria zdjęć


Po co wolontariat misyjny?
W Wolontariacie Misyjnym Salvator, którego był Ksiądz opiekunem, praktykowany jest tzw. „Dziesiątek o dziesiątej”.

Zachęcamy do modlitwy dziesiątkiem różańca o godz. 22.00 nie tylko wolontariuszy misyjnych, ale rozszerzamy to zaproszenie na wszystkie osoby, które czują odpowiedzialność za dzieło misyjne Kościoła. Modlitwą obejmowani są zarówno sami misjonarze jak i dobrodzieje misji. Ta modlitwa stanowi swoisty pomost między misjonarzami a ludźmi np. w Polsce. Mimo odległości łączymy się w tym samym czasie duchowo. Ta świadomość jedności mi osobiście bardzo pomaga.

Wspomniał Ksiądz wolontariat misyjny…

Poprzez zaangażowanie, poświęcenie swojego czasu i potencjału, można wspierać misjonarzy także przez wyjazdy misyjne – zarówno krótsze, bo już kilkutygodniowe, jak i dłuższe do rocznych i więcej.

Czy przez tak krótki czas można wymiernie pomóc na misjach?

Jedna z wolontariuszek WMS-u przez pięć miesięcy pomagała naszej misji w Zambii. Oprócz zadań zleconych przez parafię, z własnej inicjatywy prowadziła lekcje angielskiego dla dzieciaków, a także zaangażowała się w przygotowanie projektu otwarcia dwóch kolejnych szkół w podstacjach misyjnych, gdzie nie ma dostępu do edukacji. Weszła we współpracę z kilkoma fundacjami i zapewniła finansowanie dla nauczycieli. Zdecydowała się też być dyrektorką w obu szkołach – jako wykształcony pedagog będzie nadzorowała sprawy dydaktyczne i administracyjne w obu placówkach. Aktualnie, w czasie swojego pobytu w Polsce, postarała się o status świeckiego misjonarza i właśnie (dokładnie w niedzielę Ad gentes, 25 lutego) wyjeżdża na dwuletni kontrakt do Zambii posyłana na misję przed kard. Nycza.

To jest oczywiście forma wsparcia misji tylko dla nielicznych, ale bardzo wymierna i konkretna. Jest to pomoc osobista i bezpośrednia w obszarach, w których młodzi ludzie czują się specjalistami, przez co mogą zdziałać w nich zdecydowanie więcej niż sami misjonarze. Ja sam, dla przykładu, nie znam się na prowadzeniu szkół, a poza tym przy swoich duszpasterskich obowiązkach nie mam na to czasu. Dzięki Ani ok. 250 dzieci będzie miało dostęp do edukacji.

Czytaj także: Położna w Afryce: mam misję, by każda kobieta mogła godnie rodzić


Jak skutecznie wspierać misjonarzy?
Jak najskuteczniej wspierać misjonarzy materialnie?

Można bezpośrednio, gdy misjonarz głosi Słowo Boże w jakiejś parafii w Polsce – wtedy osobiście zabierze pieniądze do kraju misyjnego. W przypadku misjonarzy-zakonników najczęściej nasze zgromadzenia prowadzą referaty misyjne (w przypadku misjonarzy diecezjalnych są to wydziały misyjne kurii), które zbierają środki na utrzymanie misji. Przelew na konto takiego referatu z dopiskiem wskazującym na konkretną misję, czy nawet na poszczególne dzieło na tej misji, dotrze do misjonarza i zostanie właściwie spożytkowany.

Czyli raczej wsparcie finansowe, a nie rzeczowe?

Wszystko zależy od tego, co to są za przedmioty i jaki jest pomysł na ich transport. Przesyłki są bardzo drogie, a poczty w krajach misyjnych mocno nierzetelne; paczki dochodzą do adresatów nawet po pół roku od nadania a często są rozkradane. Wiele przedmiotów można też kupić w podobnych cenach w większych miastach afrykańskich, więc często ich transport z Europy jest o wiele droższy niż wartość tych przedmiotów. Dziękując za wrażliwość prosiłbym równocześnie o wyobraźnię.

Ks. Paweł Fiącek – salwatorianin, od 2016 roku proboszcz salwatoriańskiej parafii misyjnej w Mungu, w Zambii, wcześniej opiekun Wolontariatu Misyjnego Salvator oraz wykładowca teologii dogmatycznej w „Jordan University College” w Morogoro w Tanzanii.

...

Potrzeba rozenania aby nie szkodzic.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 12:29, 21 Mar 2018    Temat postu:

Mężczyzna w buszu – opcja tylko dla prawdziwych twardzieli!
Stefan Czerniecki | 21/03/2018
MISJONARZ W BUSZU
Archiwum prywatne
Udostępnij Komentuj 0
Siedzimy w dolnej izbie naszej skrzypiącej chaty przypatrując się tańczącemu coraz intensywniej płomykowi świecy. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez niczego. Ale razem z odważnymi kapłanami. Mi to wystarczy.

Misja „zmiana”
Praca na misjach jest dobra. To wyświechtany slogan. Truizm. Oczywistość. Warto pamiętać, że „jest dobra” nie tylko i wyłącznie dla lokalnych społeczności, którym misjonarze pomagają. Może być również przyczynkiem do zmiany dla tych, którzy na taką misję trafią. Wcale nie będąc misjonarzami. Będąc tylko świadkami. Wyjeżdżając z takiej misji już jako inni ludzie. Tak było ze mną. I dwójką pewnych misjonarzy z Papui Nowej Gwinei.

Sceneria? Bardzo prosta. Leśna chatka na uboczu niewielkiej papuaskiej wioski. Osady ulokowanej w buszu. Dotarliśmy tutaj po całodziennej jeździe po górskim interiorze. Wąska asfaltowa nitka wbijała się klinem pomiędzy bujne lasy, zielone pagóry i wyrastające nie wiadomo skąd słomiano-gliniaste chatki.

W papuaskim buszu powoli dogasa kolejny słoneczny dzień. Świadczą o tym chociażby świdrujące powietrze dziwne odgłosy lasu. Nie ma tu tak swojsko brzmiących dźwięków cykad i świerszczy. Są za to jakieś inne. Mniej znane. Mniej oswojone. Teraz wszystko to w zestawieniu z miarowym, systematycznie słyszalnym skrzypem z dołu naszej chatki przybiera nowy wymiar. Dopełnienie egzotyki. Tej papuaskiej. Najbardziej rdzennej. Można się przestraszyć.

Czytaj także: Hinduski ksiądz na misjach w Polsce: Każdy kraj potrzebuje posługi misyjnej


Papuaski busz tylko dla prawdziwych facetów
– Bogdan, ty musisz jeszcze mocniej zasuwać tą pompą! Bo tym tempem to my dziś prysznica nie weźmiem! – ze strychu naszej zrujnowanej leśnej chaty słychać polski język. Po chwili słychać odgłosy mocowania się z oknem. Jak mniemam, nieotwieranym już od miesięcy. Skrzyp, trzask, nieco szarpaniny, wreszcie jest. Z okna wygląda niezwykle sympatyczna twarz. Delikatna broda, pogodne drobne oczka. Jakby młodocianego urwisa, który tylko myśli nad kolejnym dowcipem. To ojciec Józef, michalita. – Mówię Ci, Boguś. Wytęż no mięśnie jeszcze, bo my ze Stefkiem to jeszcze dziś byśmy się wykąpać chcieli.

– Już, już… Jeszcze chwilka i woda powinna polecieć – pokorny i spokojny głos ojca Bogdana, również michality, ma już zupełnie inny charakter. Owszem, również i w nim wiele zabawnego uśmiechu, ale jakby w miejsce zaczepnego dowcipu pojawia się wszechogarniający spokój. Tych dwóch ludzi wspaniale się uzupełnia. Lepszych przewodników na tę wizytę na papuaskiej misji nie mogłem sobie wymarzyć.

Tak wygląda pierwsza parafia obu księży. Najpierw przywędrował tu ojciec Bogdan. Potem jego młodszy kolega.

– Żebyś ty widział, co tu zastałem – opowiada Bogdan przy ledwo tlącym się knotku świecy naszej leśnej chaty papuaskiego buszu, gdy wreszcie udało się uruchomić pompę i umyć. – Nic! Zupełnie nic. Kilka chat, dziwne ludzie. Te ich zwyczaje. Wszystko trzeba było robić jako pierwszemu. Pierwsze wizytacje, pierwsze wycieczki do osad w górach z Komunią Świętą, pierwsze przyjaźnie…

– I jak cię przyjęli? – dopytuję ciekawski.

– Nie zawsze było prosto…

– Ja to miałem taki zwyczaj – wtrąca się milczący do tej pory Józek. – Jak mi przychodziły łobuzy na parafię i grozili czymś tam…

– A to grozili ci? – przerywam.

– A bo to raz. To i Bogusiowi, i mnie grozili. Wiadomo. Przychodzi biały obcy i ma im tu kościół zakładać. Musiały być konflikty. Ale czekaj, dokończę… – przez chwilę w delikatnym ogniu świecy widzę jego zabawne małe oczka. – Jak mi łobuzowali, to ja mówiłem jasno: „To wy mnie macie utrzymać, a nie ja mam się przed wami bronić! Nie chcecie księdza, nie ma sprawy! Ale jeśli mam wam służyć, to i wy macie mnie bronić. A nie jeszcze terroryzować”.

– I co? Poskutkowało?

– I to jeszcze jak! Zrozumieli, że gramy w jednej drużynie. Słuchaj… Jak mi nie zaczęły kobity przynosić do domu świń, kur, warzyw. Od tej pory nie musiałem się już martwić o to, co będzie na obiad. Ani o kościół. Sami pomagali mi w jego sprzątaniu. Ustalaliśmy dyżury.

– Bo to dobrzy ludzie są – tym razem do głosu dochodzi Bogdan. – Trzeba tylko przestawić się na te ich zwyczaje, sposób patrzenia na świat. Potem pozostaje już tylko kochać to miejsce. A złych ludzi i tak spotkasz. Niezależnie od kontynentu.

Czytaj także: Poznajcie s. Hanię, niezwykłą dyrektorkę szkoły z… dżungli!
MISJONARZ W BUSZU
Archiwum prywatne


Bez niczego, a jednak ze wszystkim
Naszą rozmowę powolutku zaczyna zagłuszać narastający szmer rosnącego dookoła buszu. Nadeszła noc. Z jednej strony głośna od owadów i pohukiwania zwierząt. A z drugiej dziwnie milcząca. W chatce, gdzie siedzimy zapada cisza. Mam wrażenie, że to milczenie między nami zupełnie nikomu nie przeszkadza. Po kilku chwilach słychać pierwsze krople. Przyszła ulewa. Siedzimy dalej w dolnej izbie naszej skrzypiącej chaty, przypatrując się tańczącemu coraz intensywniej płomykowi świecy. Bez prądu, bez bieżącej wody, bez niczego. Ale razem z odważnymi kapłanami. Mi to wystarczy.

To zabawne. Często silimy się, by opisać męstwo. Pięknymi, wzniosłymi słowami. Chcemy je możliwie w sposób pełny pochwycić. Ubrać w opis. Tych dwóch takiego opisu nie potrzebuje. Są na miejscu. Szczęśliwi. I potrzebni. Tak tutejszej społeczności górskich Papuasów – zwłaszcza teraz, gdy kilka tygodni temu ich ziemie nawiedziło bardzo silne trzęsienie ziemi – jak i takim ludziom ja jak. Nie-misjonarzom. Przybyszom na chwilę. Ludziom, którzy widząc ich bezpośredniość, życzliwość i oddanie swego życia, sami się zmieniają. Bo widzą, że to naprawdę możliwe.

Czytaj także: Sam środek Afryki, a tam polscy misjonarze otwierają szkołę muzyczną. Pierwszą w kraju
Ponieważ tutaj jesteś…
…mamy do Ciebie małą prośbę. Liczba użytkowników Aletei szybko rośnie, czego nie można powiedzieć o naszych przychodach z reklam - ale to jest problem, z którym boryka się wiele mediów elektronicznych. Niektóre z nich oferują więc swoim odbiorcom płatny dostęp do treści. To nie jest dobre rozwiązenie dla Aletei - naszą misją jest ewangelizacja i inspirowanie do lepszego chrześcijańskiego życia, dlatego chcemy docierać do jak największej liczby osób. Natomiast bardzo byśmy chcieli zredukować liczbę reklam na naszym portalu, lecz to nie jest możliwe do czasu, kiedy pozwolą nam na taki ruch inne źródła przychodu. Jak widzisz, nadal potrzebujemy Twojego wsparcia. Dbanie o jakość Aletei wymaga od nas nie tylko ciężkiej pracy, ale także znaczących nakładów finansowych. Będziemy kontynuować naszą misję, jednak jeśli możesz nam w tym pomóc, wspierając nas finansowo, będziemy za to ogromnie wdzięczni, a Aleteia będzie się mogła dalej rozwijać.

...

Zawsze jest ekstremalnie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 12:29, 22 Mar 2018    Temat postu:

Ksiądz z Dębicy zginął podczas misji w Tanzanii
Redaktor Sylwia Indycka-Rosół
Sylwia Indycka-RosółRedaktor
21/03/2018 18:12Przeczytaj poźniej
Zdjęcie z artykułu: Ksiądz z Dębicy zginął podczas misji w Tanzanii
Ksiądz z Dębicy zginął podczas misji w Tanzanii; Pixabay/_Alicja_
Ilustracja do artykułu Ksiądz z Dębicy zginął podczas misji w Tanzanii
Polski misjonarz Adam Bartkowicz utopił się w afrykańskiej rzece Dar Es Salaam. Duchowny miał 35 lat.



Nie żyje Adam Bartkowicz, duchowny z Dębicy, który był misjonarzem.

Frysztak: Kurier zatrzasnął się we wnętrzu dostawczaka. Konieczna była pomoc policji
Frysztak: Kurier zatrzasnął się we wnętrzu dostawczaka. Konieczna była pomoc policji
Z głębokim smutkiem informujemy wszystkich o tragicznej śmierci Księdza Adama Bartkowicza ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Ksiądz Adam utonął dziś 20 marca 2018 roku w Dar Es Salaam w Tanzanii w wieku 35 lat - napisał w specjalnym oświadczeniu przełożony Polskiej Prowincji ks. Andrzej Grych ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich.

Wiadomo, że ksiądz utopił się w rzece Dar Es Salaam. Szczegóły zdarzenia nie są jednak znane.

...

Bóg go zatem powolal...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 12:49, 30 Maj 2018    Temat postu:

nie_daje_rady
1 godz. temu dodał
Na wykopie zdziwienie podstawami chrześcijaństwa - co to jałomużna?
Pojawiło się znalezisko zdziwionych tym, że w dniu modlitw za misje uczymy małych chrześcijan, że należy pomagać potrzebującym, w tym przypadku na misjach. Opisuję dlaczego chrześcijanie powinni pomagać potrzebującym.

Skąd to się bierze?

W 22 rozdziale Ewangelii Mateusza Jezus został zapytany przez faryzeuszy, które przykazanie w Prawie jest największe?
Odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie.
Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy.

Stąd też wziął się nakaz pomocy bliźniego, w tym i finansowa zwana jałomużną.

Co to za zwierz ta jałmużna – datek dla biednych i potrzebujących.
W chrześcijaństwie jałmużna należy do uczynków miłosierdzia i zalecana jest szczególnie w takich okresach jak wielki post i adwent. W islamie uznaje się jałmużnę za obowiązek każdego muzułmanina (jest to jeden z pięciu filarów islamu).
Tak o tym temacie wypowiadał się niedawno Papież:
Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!
Usłyszana przez nas Ewangelia pozwala nam odkryć istotny aspekt miłosierdzia: jałmużnę. Dawanie jałmużny może się wydawać rzeczą prostą, ale musimy uważać, aby nie ogołocić tego gestu z wielkiej zawartej w nim treści. Termin „jałmużna” pochodzi bowiem z języka greckiego i oznacza właśnie „miłosierdzie”. Zatem jałmużna powinna nieść z sobą całe bogactwo miłosierdzia. A ponieważ miłosierdzie wyraża się na tysiące dróg i tysiące sposobów, to także jałmużna wyraża się na wiele sposobów, aby ulżyć trudnościom osób potrzebujących.
Obowiązek jałmużny jest równie stary jak Biblia. Ofiara i jałmużna były dwoma obowiązkami, jakich musiała przestrzegać osoba religijna. W Starym Testamencie znajdujemy ważne strony, gdzie Bóg wymaga szczególnej troski o ubogich, o osoby, które czasami nic nie mają, o cudzoziemców, sieroty i wdowy. A w Biblii kwestia ta powraca stale jak refren: potrzebujący, wdowa, obcy, cudzoziemiec, sierota – powracają jak refren. Bóg bowiem pragnie, aby Jego lud opiekował się tymi naszymi braćmi. Powiedziałbym, że są oni wręcz w centrum orędzia. Chwalenie Boga poprzez ofiary i chwalenie Boga poprzez jałmużnę. Wraz z obowiązkiem, aby o nich pamiętać, dana jest też cenna wskazówka: „Chętnie mu udziel, niech serce twe nie boleje, że dajesz” (Pwt 15,10). Oznacza to, że miłość wymaga przede wszystkim postawy wewnętrznej radości. Ofiarowane miłosierdzie nie może być ciężarem lub utrapieniem, od którego trzeba uwolnić się w pośpiechu. Jakże wielu ludzi usprawiedliwia się mówiąc: dlaczego mam dawać pieniądze temu człowiekowi, który natychmiast pójdzie kupić za nie wino, żeby się upić. Jeśli on się upija, to dlatego, że nie ma innej drogi. A ty co sam robisz w ukryciu, kiedy nikt cię nie widzi? I ty jesteś sędzią owego biednego człowieka proszącego cię o pieniądze na szklankę wina?
Chciałbym przypomnieć epizod starego Tobiasza, który po otrzymaniu dużej sumy pieniędzy, wezwał swego syna i pouczył go słowami: „wszystkim, którzy postępują sprawiedliwie, dawaj jałmużnę [...] Nie odwracaj twarzy od żadnego biedaka, a nie odwróci się od ciebie oblicze Boga” (Tb 4,7). Są to słowa bardzo mądre, które pomagają zrozumieć wartość jałmużny.
Jezus, jak słyszeliśmy, pozostawił nam na ten temat bezcenną naukę. Domaga się przede wszystkim, abyśmy nie czynili jałmużny, żeby być chwalonymi i podziwianymi przez ludzi z powodu naszej hojności. „Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” (Mt 6,3). Nie liczą się pozory, ale zdolność do zatrzymania się, by spojrzeć w oczy osobie proszącej o pomoc. Każdy z nas może zapytać samego siebie: czy jestem zdolny, aby się zatrzymać i spojrzeć w twarz, spojrzeć w oczy osobie, która mnie prosi o pomoc? Czy potrafię? Nie możemy zatem utożsamiać jałmużny jedynie z rzuceniem w pośpiechu monety, nie spojrzawszy na osobę i nie zatrzymując się, aby porozmawiać i zrozumieć, czego ona rzeczywiście potrzebuje. Jednocześnie musimy odróżnić ubogich od różnych form żebractwa, które nie czynią dobrej przysługi prawdziwie ubogim.
Reasumując jałmużna jest aktem miłości, skierowanym do napotkanych osób. Jest to gest szczerej uwagi wobec tych, którzy się do nas zbliżają i proszą o naszą pomoc, dokonany w tajemnicy, gdzie tylko Bóg widzi i rozumie wartość dokonanego aktu.
Ale dawanie jałmużny powinno być dla nas także poświęceniem. Pamiętam pewną matkę, która miała troje dzieci, około sześciu, pięciu i trzech lat. Zawsze uczyła ona swoje dzieci, że trzeba dawać jałmużnę ludziom, którzy o to proszą. Jedli obiad i każde miał kotlet schabowy jak mówią w mojej ojczyźnie w panierce. Kiedy ktoś zapukał do drzwi, najstarsze z nich poszło otworzyć i powiedziało: „Mamo, jakiś biedak prosi o jedzenie, co zrobimy?”. „Ależ damy mu” – odpowiedziała cała trójka. „Dobrze, weź połowę twojego kotleta, ty drugą, a ty trzecią i zrobimy jemu dwie kanapki”. - „O nie, mamo!”. - „Ach, nie? Daj z tego, co jest twoje. Daj z tego, co ciebie kosztuje. To oznacza zaangażowani się wobec ubogiego. Pozbawienie się czegoś mojego, aby dać tobie. Rodzice, bądźcie czujni i wychowujcie wasze dzieci aby w ten sposób dawały jałmużnę, były szczodre z tego co posiadają.
Przyswójmy sobie zatem słowa apostoła Pawła: „We wszystkim pokazałem wam, że tak pracując trzeba wspierać słabych i pamiętać o słowach Pana Jezusa, który powiedział: «Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu»” (Dz 20,35; por. 2 Kor 9,7). Dziękuję.

...

Niestety! Wyrosla juz w kraju dzicz nie rozumiejaca podstaw Ewangelii! Bez Boga jak widzicie nie ma zadnego dobra. Wyrastaja psychole.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Sob 9:34, 02 Cze 2018    Temat postu:

Ewangelizować z radością - Kongo 2014
Ognisko Misyjne325 wyświetleń

Opublikowany 2 sie 2015
Film jest relacją z siódmego stażu misyjnego kleryków tarnowskiego seminarium w Afryce. Klerycy po raz pierwszy odwiedzili Kongo, kraj w którym zginął śmiercią męczeńską ks. Jan Czuba

https://youtube.com/watch?v=pLvSaW9-Ksk

...

Serce rosnie. Kraj tego bardzo potrzebuje.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 20:09, 10 Cze 2018    Temat postu:

Misjonarz, który przekształcił wysypisko w wioskę, kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla
Gelsomino del Guercio | 10/06/2018

STANE KERIN | DRUŽINA
Udostępnij
Ta historia rozgrywa się w stolicy ubogiego Madagaskaru, a jej bohaterem jest ojciec Pedro Opeka, przez wielu ludzi porównywany do Matki Teresy z Kalkuty.

Niektórym kojarzy się z Matką Teresą, inni porównują go do Abbè Pierre’a. We Francji działalność humanitarna ojca Pedro Opeki jest dobrze znana. Wspierała ją sama Michelle Mitterand jako Pierwsza Dama Francji, zabiegając o fundusze i sponsorów dla misji tego zakonnika pochodzenia słoweńskiego, wychowanego w Argentynie i działającego na Madagaskarze (gdzie zbudował aż 17 wiosek).

Obecnie ojciec Pedro Opeka przebywa w Rzymie, by zbierać fundusze za pośrednictwem charytatywnych przyjęć, promować swoją kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla i spotkać się z papieżem Franciszkiem (Il Messaggero, 30 maja).





Pedro Opeka. Po raz pierwszy w Akamasoa
69-letniemu misjonarzowi lazaryście udało się coś, co dla najbiedniejszych mieszkańców Madagaskaru było prawdziwym cudem. Jest nim wioska Akamasoa (dosłownie „Dobrzy przyjaciele”), położona u wrót stolicy Antananarivo, w okolicy ogromnego wysypiska śmieci.

Wszystko zaczęło się w 1989 roku, kiedy ojciec Pedro znalazł się tu po raz pierwszy. Najbardziej poruszył go wówczas widok dzieci żyjących na wysypisku, próbujących jakoś przeżyć w skrajnej nędzy, pośród chorób, bez szkoły, opieki zdrowotnej i przede wszystkim bez przyszłości.

Czytaj także: Siostra z „Misji Dworcowej”: Jestem dla nich mamą, tatą i siostrą


Godność na wysypisku śmieci
Pomysł ojca Pedro był prosty: trzeba pomóc tym ludziom pomagać samym sobie. Udało mu się to dzięki niewielkim datkom i darowiznom od miejscowych wspólnot religijnych. W okolicy wysypiska leży kopalnia granitu. Każdy, kto był gotów pracować, mógł wyrabiać cegły, kostkę, płytki i żwir na sprzedaż dla firm budowlanych w zamian za niewielkie wynagrodzenie, wystarczające na zakup ryżu i wyżywienie rodziny.

I tak, pod kierownictwem ojca Pedro, mieszkańcy wysypiska złączyli siły, widząc, że praca daje im iskierkę nadziei na godne życie (Aci Stampa, 30 maja).


© Rijasolo
Le père Pedro Opeka


Praca i prefabrykaty
W ciągu dziesięciu lat tysiące rodzin odzyskały godność. Mieszkańcy wioski wspólnie wznosili domki z prefabrykatów, nauczyli się wykorzystywać surowce wtórne i organizować w spółdzielnie pracy.

Ojciec Pedro często powtarza, że ubóstwo to nie fatum, lecz smutna rzeczywistość, która ma konkretne przyczyny i z którą można walczyć.

Czytaj także: Ma zespół Downa, ale jest misjonarzem i nauczycielem języka migowego!


Msza święta dla 8 tysięcy ludzi
W Akamasoa niezwykle ważna jest również troska o ducha. Niedzielna msza święta to niezwykła uroczystość, w której aktywnie uczestniczy blisko 8 tysięcy ludzi, modląc się i śpiewając Panu z sercem pełnym wdzięczności.

W wywiadzie udzielonym Vatican News (30 maja) ojciec Pedro powiedział, że msza przyciąga także wielu turystów. Po ponad trzygodzinnej mszy wielu z nich, często zadeklarowanych ateistów, czuje w sercu wezwanie Boga.

...

Wspanialy wzor


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:51, 01 Lip 2018    Temat postu:

KOŚCIÓŁ
Na misje zamiast na wakacje? Ciekawy trend wśród młodych
Katolicka Agencja Informacyjna | 29/06/2018
MISJONARZE W AFRYCE
Shutterstock
Udostępnij
Dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w archidiecezji poznańskiej zwrócił uwagę na systematycznie wzrastającą liczbę młodych świeckich wolontariuszy misyjnych.

Podczas nieszporów, w wigilię uroczystości świętych apostołów Piotra i Pawła, bp Gerhard Feige z Magdeburga i abp Stanisław Gądecki wręczyli krzyże misyjne 87 osobom z różnych środowisk misyjnych archidiecezji poznańskiej. Młodzi misjonarze wyjadą w różne zakątki świata na wakacyjne doświadczenia misyjne.


Czytaj także:
Helena Kmieć i Anita Szuwald. Bóg dotknął je świętością: jedną powołał do siebie, drugą powołał na świadka


Apostolskie zaangażowanie świeckich
W kazaniu bp Grzegorz Balcerek nawiązał do niedawno zakończonych centralnych obchodów jubileuszu 1050-lecia najstarszego biskupstwa na ziemiach polskich.

„W naszym jubileuszu nie chodziło tylko o wspomnienie przeszłości, ale bardziej o przyszłość. Ona należy do Pana Boga, ale zależy także od nas, od naszej gorliwej ofiarnej służby i stylu naszej pracy” – mówił biskup pomocniczy archidiecezji poznańskiej.

Bp Balcerek podkreślił, że na naszych oczach rodzi się nowa jakość w całym Kościele, w naszej Ojczyźnie i archidiecezji. Tym nowym stylem jest niespotykane dotąd zaangażowanie świeckich w apostolstwo. Kaznodzieja zaznaczył, że żywym przykładem tego są młodzi udający się na doświadczenie misyjne.

„Oby to nie było doświadczenie jednych wakacji, oby pośród młodych znaleźli się tacy jak dr Wanda Błeńska, przez dziesiątki lat ofiarna misjonarka” – stwierdził bp Balcerek.

„Apostolstwo świeckich to nie tylko nasze doświadczenia, takie jest nauczanie Kościoła, misja, którą Chrystus powierza swoim uczniom, powinna być wypełniana przez wszystkich, którzy tworzą Kościół” – dodał kaznodzieja.



Młodzi wolontariusze – misjonarze
Podczas nieszporów metropolita poznański pobłogosławił krzyże misyjne wolontariuszom, którzy udadzą się do Kenii, Rwandy, Ghany, Izraela, Brazylii, Mozambiku, Ekwadoru, Etiopii, Indonezji, Irlandii i na Ukrainę.

W rozmowie z KAI ks. dr Dawid Stelmach podkreśla, że młodzi, którzy udadzą się niebawem w różne części świata, pochodzą z różnych środowisk misyjnych, ale łączy ich duży potencjał, zaangażowanie i chęć dzielenia się wiarą.


Czytaj także:
Helena Kmieć – Idealna święta na nasze czasy. Rozmowa z siostrą zamordowanej misjonarki
„Młodzi wyjeżdżający na doświadczenie misyjne czynią konkretne dobro wraz z misjonarzami w Kościele lokalnym i we wspólnocie z naszym Kościołem” – zaznaczył.

Zwrócił uwagę na systematycznie wzrastającą liczbę wolontariuszy misyjnych z archidiecezji, udających się na doświadczenie misyjne. „Widać, że to, co jeszcze przed wojną udało się zasiać w Akademickim Ruchu Misyjnym i co kontynuowali dr Wanda Błeńska i o. Marian Żelazek znajduje naśladowców. Cieszymy się, że ponad 90-letnia tradycja dzieła misyjnego nadal trwa” – zauważa dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w archidiecezji poznańskiej.



Idźcie na cały świat
Na przełomie lipca i sierpnia grupa studentów z Akademickiego Koła Misjologicznego (AKM) im. dr Wandy Błeńskiej działającego przy Wydziale Teologicznym UAM po raz kolejny uda się na doświadczenie misyjne w Domu Pokoju w Jerozolimie. Drugą grupę z AKM będą stanowić młodzi, którzy na przełomie sierpnia i września wyjadą do ośrodka sióstr klaretynek w indonezyjskiej Weluli.

Z kolei w sierpniu posługę misyjną w Domu Pokoju w Betlejem odbędą wolontariusze skupieni wokół Projektu Opalenica dla Betlejem, a we wrześniu młodzi z Duszpasterstwa Akademickiego „Morasko” im. Bł. Pier Giorgia Frassatiego.

Członkowie Przymierza Miłosierdzia będą posługiwać w Rio de Janeiro i w São Paulo w Brazylii. Młodzi z tej wspólnoty wyjadą też do Maputo w Mozambiku i do Gródka Podolskiego na Ukrainie. Na Ukrainę wyjadą też młodzi z Wolontariatu Misyjnego Rób Dobro oraz z Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie w Poznaniu.

W krajach afrykańskich – Etiopii, Rwandzie, Kenii i Ghanie będą posługiwać osoby związane z Fundacją Redemptoris Missio i Wolontariatem misyjnym przy parafii pw. św. Andrzeja Boboli w Poznaniu.

Najdłużej, bo od września 2018 r. do czerwca 2019 r. na wolontariacie misyjnym w Dublinie w Irlandii będą członkowie Diakonii Misyjnej Ruchu Światło-Życie w Poznaniu. Młodzi z tej wspólnoty pojadą też na przełomie lipca i sierpnia do Ekwadoru.

KAI/ks

...

Znakomity trend!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:35, 15 Lip 2018    Temat postu:

Masz stare nieużywane okulary? Oddaj je misjonarzom, a posłużą potrzebującym
Katolicka Agencja Informacyjna | 02/07/2018
OKULARY DO CZYTANIA
Unsplash CC0
Udostępnij 230
Prosta i genialna akcja. Przejrzyj szuflady i wyciągnij stare okulary.

Do 13 lipca parafia Wniebowstąpienia Pańskiego na warszawskim Ursynowie zbiera okulary korekcyjne. Wujek jednego z księży pracujących w tej parafii jest od 46 lat misjonarzem na Madagaskarze. Obecnie przebywa na urlopie w Polsce i zebrane okulary zawiezie podopiecznym swojej misji.

Na Madagaskarze okulary są drogie, ludzie nie mają na nie pieniędzy, dlatego z pomocą przychodzą im misjonarze. Niepotrzebne już okulary można przynosić do kancelarii lub zakrystii parafii Wniebowstąpienia Pańskiego na Ursynowie, opisując je słowem „Madagaskar”.

Podobne akcje zorganizowali wcześniej m.in. franciszkanie, którzy zebrali 2,5 tys. okularów dla misji w Kenii. Poznańska Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio” zebrała w zeszłym roku okulary dla placówek misyjnych w Etiopii, Kamerunie, RPA i Jamajce.

Kontakt do parafii znajdziecie TUTAJ
[link widoczny dla zalogowanych]

...

Misje bardzo wazna sprawa.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 16:30, 29 Lip 2018    Temat postu:

Parafia na Saharze. Tu za nawracanie grożą ciężkie kary
Joanna Szubstarska | 18/07/2018
Udostępnij
Karol de Foucauld pisał, że w ciągu wielu lat misji na Saharze nie miał wśród miejscowych prawdziwego nawrócenia. O jakich owocach swojej działalności mogą dziś mówić pracujący tam Ojcowie Biali?
ajwięcej polskich misjonarzy pracuje w Afryce. Wielu z nich to Ojcowie Biali. „Pan Jezus pokazał nam, że miłość to nie emocje i uczucia, a raczej decyzja i ofiara w intencji drugiego człowieka. Tak więc można śmiało powiedzieć, że pokochałem tutejszych ludzi wraz z ich rzeczywistością. Choć tutejsza praca jest bardzo trudna i odmienna od posługi pośród chrześcijan, to jednak jest ona posługą dla bliźniego” – mówi o. Krzysztof Stolarski ze zgromadzenia Ojców Białych, posługujący na Saharze w Algierii.
„Nasz założyciel, kard. Lavigerie, mawiał: Kochajcie ludzi, do których jesteście posłani! Ludność algierska jest bardzo zróżnicowana etnicznie i kulturowo, ale wszyscy potrzebują życzliwości i dobroci” – dodaje misjonarz.
Przyjaźń z Afrykańczykami
Misje prowadzi się we wspólnocie. Afrykańczykom trudno byłoby zrozumieć człowieka żyjącego w izolacji. Bycie i posługa wśród ludzi, którzy są odmienni nie tylko pod względem etnicznym, lecz także religijnym, jest wyzwaniem. Ale może stać się też drogą do zawiązania głębokich przyjaźni.
„Jedną z największych przeszkód, która bardzo rzuca się w oczy, jest ignorancja” – opowiada o. Krzysztof. – Nie znamy się nawzajem, za to często posługujemy się stereotypami i uprzedzeniami. Dlatego też kontakt osobisty i relacje przyjaźni są tak ważne i prowadzą do wzajemnego poznania człowieka i jego wiary”.
Jak wygląda modlitwa z Afrykańczykami?
Modlitwa z Afrykańczykami jest taka, jak z Polakami – przekonuje o. Stolarski. „ Nasza algierska parafia liczy 10 osób , w większości są to obcokrajowcy, jesteśmy bardzo zróżnicowani kulturowo. Modlimy się tylko z katolikami, więc nasza modlitwa różni się jedynie językiem – posługujemy się językami francuskim lub arabskim. Czasami zapraszani jesteśmy do Kościoła protestanckiego, do którego należy wielu Algierczyków” (choć oczywiście dominującą religią na tamtych terenach jest islam).
Owoce nawrócenia na Saharze
Karol de Foucauld pisał, że w ciągu wielu lat misji na Saharze nie miał wśród miejscowych prawdziwego nawrócenia. O jakich owocach pracy misyjnej można mówić dzisiaj? „W naszym kraju za
nawracanie innych grożą ciężkie kary ” – wyjaśnia misjonarz.
„Zresztą nie jesteśmy tutaj po to, aby nawracać innych, ale raczej siebie, zgodnie z ewangelicznym:
Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię i aby świadczyć, że Bóg, który jest Stworzycielem i Ojcem wszystkich ludzi, jest Miłością. Nie znaczy to, że brak tu ludzi, którzy szukają Jezusa…” – dodaje o. Stolarski.
Kościół katolicki w Algierii stanowi bardzo malutki procent, ale „gdzie dwóch lub trzech jest zebranych w moje imię, tam jestem wśród nich” (Mt 18,20). „Nie naszym zadaniem jest oglądanie owoców swojej pracy; naszym zadaniem jest zwiastowanie Dobrej Nowiny” – podkreśla o. Krzysztof. I dodaje, że misjonarze mają wokół wielu przyjaciół – otwartych i życzliwych. Ten fakt można nazwać pierwszym owocem posługi Kościoła i misjonarzy, którzy byli tu wcześniej.

...

Piekna i wazna praca.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 91879
Przeczytał: 118 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 22:11, 04 Lis 2018    Temat postu:

Spakować życie w dwie walizki i jechać na misje. Jezus jedynym zabezpieczeniem!
Katarzyna Szkarpetowska | 20/10/2018
POLSKA MISJONARKA W BRAZYLII
fot. Natana Świerad
Udostępnij
Im bardziej jesteśmy „puści”, tym bardziej Pan Bóg może nas „napełnić” – mówi misjonarka siostra Natana Świerad. Zobaczcie fantastyczne zdjęcia z misji polskich sióstr zakonnych.

Kliknij tutaj, by przejrzeć galerię

Katarzyna Szkarpetowska: Jak odkryła Siostra powołanie do życia zakonnego?

S. Natana Świerad CSSJ: Wszystko zaczęło się, gdy na początku szkoły średniej zmuszona byłam poddać się operacji kolana, która spowodowana była kontuzją. Po operacji czekała mnie długa rehabilitacja, w czasie której poznałam ówczesną panią ordynator oddziału rehabilitacji w brzeskim szpitalu. Pani doktor zaproponowała mi zaangażowanie się we wspólnotę, którą właśnie zakładała w moim mieście.

Początkowo nie byłam zachwycona tą propozycją, bo nigdy nie miałam styczności z chorymi dziećmi, a i do Kościoła nie zawsze było mi po drodze. Ostatecznie jednak postanowiłam spróbować. Wspólnota ta bardzo szybko przerodziła się w nasz drugi dom, coraz częściej odwiedzaliśmy się, jeździliśmy na wspólne wakacje i wycieczki.

Aby lepiej poznać wspólnotę, opiekunowie zostali wysłani na spotkanie organizacyjne tych samych wspólnot z innych miast do domu Sióstr Świętego Józefa w Tarnowie – i tak zaczęła się moja przygoda z siostrami józefitkami. W tym domu zobaczyłam wiele sióstr, które z uśmiechem i dobrym słowem zaczepiały nas na korytarzach. Były radosne, spontaniczne, pełne pokoju i rozmodlone. Zadziwiła mnie ta wielka radość płynąca z głębi serca i postanowiłam spotkać się z siostrami, zadać im kilka pytań.

Zobaczcie fantastyczne zdjęcia z misji polskich sióstr zakonnych:



POLSKA MISJONARKA W BRAZYLIIGaleria zdjęć


Siostro, a skąd w ogóle pomysł, by wyjechać na misje, w dodatku do Brazylii?

Pomysł zrodził się już w postulacie. Na wakacje przyjeżdżały siostry misjonarki i przychodziły do nas na spotkania, by poopowiadać o życiu misyjnym. Podczas jednego z takich spotkań serce zabiło mi mocniej i poczułam, że to moja droga. Od samego początku też zrodziło się pragnienie wyjazdu do Brazylii, choć posługujemy również w kilku krajach Afryki.

Pragnienie dojrzewało i wzrastało długo, każdego dnia modliłam się, aby Jezus pozwolił mi wyjechać, a jeśli jest inna Jego wola, to by zabrał ode mnie to pragnienie. Przez trzynaście lat pragnienie systematycznie wzrastało. Na drodze wzrostu i odkrywania powołania misyjnego wzorem oddania ubogim stał się dla mnie św. ks. Zygmunt Gorazdowski – nasz Założyciel. Kiedy czytałam o nim książkę „Wezwany do miłosierdzia”, zrozumiałam, że tylko wtedy będę szczęśliwa, jeśli wyłącznym moim zabezpieczeniem stanie się Jezus.

Św. ks. Zygmunt, choć był bardzo schorowany, od dzieciństwa nie oszczędzał się. Zawsze był do dyspozycji swoich ubogich, dla których otworzył wiele dzieł i sam w nich posługiwał. Wszystkiego się wyzbywał – chodził w łatanej sutannie, a kiedy dostał nową, natychmiast oddawał ją klerykowi. Zrozumiałam, że tylko życie wolne od przywiązań, w bezgranicznym zaufaniu Bogu, może uczynić mnie szczęśliwą i gotową pójść na krańce świata. Kiedy nadszedł dzień pakowania, okazało się, że praktycznie muszę oddać wszystkie moje rzeczy. Zabrać jedynie to, co jest najpotrzebniejsze, i co zmieści się w dwóch walizkach.

Z jaką misją w sercu przyjechała Siostra do Brazylii?

Od dawna rodziło się we mnie pragnienie bycia z ludźmi w ich codzienności. Tak naprawdę przyjechałam otwarta na wszelkie wyzwania, jakie tutaj mogą mnie czekać. Jedyne, czego pragnę, to nadstawiać ucha, by usłyszeć Ducha Świętego, który wskaże mi drogę i nią poprowadzi. Jako Józefitki posługujemy na wielu płaszczyznach: na favelach, w szpitalach, w przedszkolu, szkole, w duszpasterstwie dzieci, młodzieży i dorosłych.

Misje są terenem, gdzie pracy nigdy nie brakuje, więc każda z nas uczy się być „wielofunkcyjna”.

Czy było coś, czego przed wyjazdem Siostra obawiała się?

Tak, najbardziej obawiałam się dwóch rzeczy: języka, którego obecnie się uczę, a także klimatu. Na razie przebywam w Kurytybie – mieście z największym ośrodkiem polonijnym w Brazylii. Przez wielu mieszkańców z polskimi korzeniami nazywana jest „Chicago Ameryki Południowej”, gdzie są europejskie temperatury, więc szoku termicznego nie doznałam.


Czytaj także:
Na misje zamiast na wakacje? Ciekawy trend wśród młodych
Co było dla Siostry największym zaskoczeniem tuż po przyjeździe?

Zdecydowanie najbardziej zaskoczyli mnie mieszkańcy, którzy są bardzo radośni, otwarci, chętni do rozmów i na „dzień dobry” traktują cię jak swojego. Tutaj w Kurytybie jest jeszcze wielu mieszkańców, którzy mają korzenie polskie – starsi potrafią jeszcze trochę rozmawiać po polsku, młodsi już nie, ale chętnie powiedzą „dzień dobry”, „jak się masz?” i cieszą się, że mogą przywitać przybysza w jego ojczystym języku.

Jaki był ten pierwszy dzień w Kurytybie?

Do Kurytyby dotarłam przed południem, więc od razu z lotniska udałam się na Eucharystię, po której był powitalny obiad we wspólnocie z siostrami. Bezpośrednio po obiedzie udałyśmy się do naszego przedszkola, tam już oczekiwały na nas dzieci. Po spotkaniu z dziećmi – modlitwa i czas na sen, wtedy wyjątkowo przeze mnie wyczekiwany po ponad dwudziestu godzinach lotu i pięciogodzinnej różnicy czasu.

Dzieci przywitały Siostrę piosenką w języku polskim…

Tak, śpiew dzieci w języku polskim był dla mnie niesamowitym przeżyciem – od razu skradły moje serce. Nie spodziewałam się takiej niespodzianki. Myślałam, że siostry będą tłumaczyć mi tekst, a tu się okazuje, że – o dziwo! – rozumiem, co do mnie mówią.

Na co dzień w jakim języku porozumiewa się Siostra z dziećmi?

Śmieję się, że porozumiewam się z nimi językiem miłości – uśmiechamy się do siebie, układamy klocki, ale pojedyncze wyrazy czasem do siebie powiemy. Najbardziej lubię przebywać z najmłodszą grupą, bo oni, tak jak ja – ledwo mówią, więc nam łatwiej się komunikować, czasem trochę na migi. Jeszcze czeka mnie trochę pracy z językiem i wkrótce się dogadamy (uśmiech).

Jak wygląda Siostry dzień?

Obecnie dzień wygląda spokojnie: Eucharystia, modlitwy, wspólne posiłki i praca. Na razie pomagam w domu i czasem w przedszkolu, jednak większość czasu – tyle, ile jestem w stanie, poświęcam na naukę języka.

Jest Siostra tutaj szczęśliwa?

Bardzo szczęśliwa. Czuję, że jestem na swoim miejscu. W końcu spełniło się moje marzenie, na które czekałam trzynaście lat, bo tyle mija właśnie od napisania przeze mnie pierwszej prośby o wyjazd na misje. Pan Bóg przez te lata szlifował mnie i zaprawiał do zadań, które zapewne będą mnie tutaj czekać. Jak widać, dużo czasu potrzebowałam na to szlifowanie i pogłębianie z Nim relacji, ale warto było czekać. On zna czas i ten czas jest właściwy.

Jak tutaj, w Brazylii, będzie Siostra obchodziła Światową Niedzielę Misyjną?

Uroczyście, w parafii podczas Eucharystii, a także we wspólnocie wraz z siostrami, dziękując Panu Bogu za każdego misjonarza i misjonarkę. To ważne, by o sobie pamiętać i wspierać się modlitwą. Jak podają statystyki, aktualnie posługuje na misjach 2004 polskich misjonarzy i misjonarek. Przebywają oni w 99 krajach na 5 kontynentach, zatem modlitwa jest bardzo potrzebna.

Nie każdy chrześcijanin wyjeżdża na misje, ale niewątpliwie każdy chrześcijanin ma w swoim życiu jakąś misję do wypełnienia. Jak odkryć, co nią jest?

Zdecydowanie każdy otrzymał do wypełnienia inną misję. Miewamy problemy w odkryciu tego, co jest nam dane i zadane przez Boga. Pęd dzisiejszego świata nam w tym nie pomaga. Wiele razy obserwowałam ludzi – czy to idących ulicą, czy jadących autobusem – i zauważyłam, że boimy się ciszy. Telefon w ręce i umysł w wirtualnym świecie, słuchawki na uszach, a w nich głośno grająca muzyka.

A przecież potrzebujemy ciszy, by usłyszeć samych siebie. By wejść w relację z sobą – zobaczyć, jacy jesteśmy, jak żyjemy, czy idziemy właściwą drogą. Bo może się okazać, że idziemy obok drogi, którą wyznaczył nam Bóg, taką drogą trochę zaplanowaną i upiększoną przez nas samych. Jeśli wejdziemy z sobą w relację, usłyszymy, co w nas jest, to ważne, byśmy podzielili się swymi spostrzeżeniami z kierownikiem duchowym lub z osobą, która towarzyszy młodym i jest w stanie pomóc rozeznać drogę. Warto też prosić Pana Boga o łaskę odkrycia tego, co dla nas przygotował.

Ktoś może powiedzieć: No dobra, ale ja się nie nadaję, jestem słaby, zawodzę.

Nic nie szkodzi. To Bóg ma przez nas działać, a nie my swoimi siłami. Im bardziej jesteśmy „puści”, tym bardziej Pan Bóg może nas „napełnić” swoją mocą – taki paradoks. Skoro nas Bóg wybrał do jakiegoś zadania, to znaczy, że to właśnie my potrafimy je najlepiej wykonać Jego Mocą – ON nas do tego uzdolni. Nie bójmy się być szaleńcami Pana Boga.

...

Piekne zycie na misjach.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiara Ojców Naszych Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
cbx v1.2 // Theme created by Sopel & Programy