Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna
Ks. Adam Bartkowicz

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiara Ojców Naszych
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 90121
Przeczytał: 180 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 11:27, 25 Mar 2018    Temat postu: Ks. Adam Bartkowicz

Polski misjonarz utonął w Tanzanii, ratując życie innego księdza. Bohater!
Redakcja | 24/03/2018
ADAM BARTKOWICZ
Stowarzyszenie Misji Afrykańskich/Facebook
ks. Adam Bartkowicz
Udostępnij 1k Komentuj 2
Kilka dni temu dowiedzieliśmy się o śmierci ks. Adama Bartkowicza SMA. Wiedzieliśmy, że utonął, ale nie wiedzieliśmy, że oddał życie za drugiego kapłana. Oto przejmujące świadectwo tego uratowanego księdza.

Od dnia, kiedy otrzymaliśmy wiadomość o tragicznej śmierci naszego współbrata Adama Bartkowicza SMA, pragnęliśmy poznać i zrozumieć w jakich okolicznościach odszedł On do Pana. Otrzymaliśmy dziś rano świadectwo pochodzące od jedynego świadka tych tragicznych wydarzeń, O. Chungu Cycus należącego do Kongregacji Ducha Świętego (CSSp). Poniżej zamieszczamy jego słowa, które są świadectwem ostatnich chwil życia śp. ks. Adama Bartkowicza SMA.

Ks. Andrzej Grych SMA
Przełożony Prowincji Polskiej,
Stowarzyszenie Misji Afrykańskich

Czytaj także: Ks. Adam Bartkowicz utonął, ratując afrykańskiego księdza. Przyjaciel opowiada o jego misji


Drogi Adamie,

co mogę powiedzieć do przyjaciela, który stracił swoje życie ratując moje? Trudno jest wyrazić moje uczucia w słowach. Adamie, jesteś świętym, który mieszkał w sąsiednim pokoju. Nigdy nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak wielkie było Twoje serce. Wielokrotnie poświęcałeś swój czas i swoje środki dla mnie i dla innych. Jakże mało wtedy wiedziałem, że to było częścią Twojej natury, hojnej do najwyższego stopnia!

We wtorek, 20-tego marca, o 14.03 poszedłem z Tobą na plażę Hawai, tak jak to robiliśmy wcześniej. Poszliśmy popływać w Ocenie Indyjskim, tak jak mnie tego nauczyłeś. Weszliśmy całkiem daleko w ocean gdyż był odpływ. Opowiadaliśmy sobie historie o naszych rodzinach, naszych misjach i cieszyliśmy się pięknym dniem.

O 15.50, zdałem sobie sprawę, że nadszedł czas, aby wracać. Zasygnalizowałem to Tobie, skinąłeś głową i zaczęliśmy wracać. Spokojnie płynąłeś do brzegu i cieszyło Cię to jak zwykle.

Zbliżając się do brzegu, zdałem sobie sprawę, że było coraz głębiej i że fale stawały się coraz większe. Osiągnąłem punkt w którym zrozumiałem, że nie mogę dalej płynąć i czułem, że ocean wciąga mnie do środka. Zrozumiałem, że się topię. Zawołałem Cię, Adam, abyś mi pomógł. Widziałem Ciebie szybko zbliżającego się do mnie, aby mnie ratować. Nawet przez sekundę nie myślałeś o sobie. Cała Twoja uwaga była skoncentrowana na tym, aby mnie ratować. Pamiętam dobrze, jak trzy razy wołałeś: ‘Cycus! Cycys! Cycus! Nie panikuj!’

Natychmiast zacząłeś ściągać swoją maskę do nurkowania z rurką, aby pomóc mi oddychać. Dałeś mi wpierw rurkę do nurkowania. Pojawiło się więcej fal. Trzymając rurkę do nurkowania a Ty mając maskę, poradziłeś mi, abyśmy płynęli razem oddalając się od przypływu. Nawet w tym momencie, myślałeś o tym, jak uratować moje życie. Pomogłeś mi w przepłynięciu kilku metrów. Adamie, używając całej energii jaką miałeś, popchnąłeś mnie z niebezpiecznego miejsca do bardziej bezpiecznego. Mocna fala rozdzieliła nas i to był nasz ostatni dotyk. Słyszałem jak dwukrotnie krzyknąłeś moje imię. Nie usłyszałem więcej Twego głosu.

Adamie, kiedy mnie popchnąłeś, zdałem sobie sprawę, że moje stopy dotknęły podłoża. Nie ruszyłem się z tego miejsca ani na centymetr. Zostawiłeś mi rurkę do nurkowania bez maski. Wydawało się to bezużyteczne, ale wiedziałeś, że będzie to bardzo ważne. Bez wątpienia, to mnie uratowało ponieważ była to jedyna rzecz, której mogłem użyć, kiedy wzywałem pomocy. Zauważono mnie, dzięki tej rurce. Udzielono mi pomocy z tego bezpiecznego miejsca, w którym mnie zostawiłeś – ja się nie ruszyłem.

Miałeś tak dobre serce, że nie mam słów aby to opisać. Tak dobre, że nawet umierając nie chciałeś aby ktokolwiek cierpiał. Zostawiłeś nam wszystkie wskazówki, gdzie Cię odnaleźć nawet wtedy, kiedy ocean wciągnął Cię daleko od brzegu. Trzymałem Twoją dłoń wyciągając Cię z oceanu. Jakże chciałbym móc oddać Ci tę samą przysługę, ratując Twoje życie, tak jak Ty to dla mnie uczyniłeś, ale Ty poświęciłeś je całe.

Dziękuję Adamie, za podarowanie mi Twojego życia. Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Pozostaję Twoim dłużnikiem i będę modlił się za Ciebie, prosząc Cię, abyś podzielił się ze mną tym wielkim, hojnym, bezinteresownym i kochającym sercem, które otrzymałeś od swoich rodziców.

Niech Bóg błogosławi i pocieszy Twoją Mamę, która wydała na ten świat tak wspaniałą duszę. Zawsze będę Jej za to wdzięczny. Moje życie jest i zawsze będzie świadectwem, że są święci żyjący wśród nas, którzy, tak jak Chrystus, gotowi są, aby oddać swoje życie dla innych. Niech Bóg błogosławi Twego brata i go pocieszy. Adamie, wraz z Tatą, odpoczywaj w pokoju do czasu kiedy się spotkamy. Brawo, mój Przyjacielu i mój Bracie, że byłeś dla mnie jak Chrystus, ratując moje życie.

Wieczne odpoczywanie racz mu dać, Panie i światłość wiekuista niechaj mu świeci.

Twój przyjaciel i brat
O. Chungu Cycus C.S.Sp


Czytaj także: Polski kardynał, który na emeryturze pracował jako zwykły wikary. Na misjach w Afryce
Źródło: [link widoczny dla zalogowanych]

...

Czyli oddal zycie za blizniego. Zachowujac proporcje jest w tym podobienstwo do Maksymiliana.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 90121
Przeczytał: 180 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 12:46, 28 Mar 2018    Temat postu:

Ks. Adam Bartkowicz utonął, ratując afrykańskiego księdza. Przyjaciel opowiada o jego misji
Małgorzata Bilska | 24/03/2018
ADAM BARTKOWICZ
Stowarzyszenie Misji Afrykańskich/Facebook
ks. Adam Bartkowicz
Udostępnij Komentuj
Ks. Adam Bartkowicz utonął w oceanie 20 marca. Dziś już wiemy, że zginął, oddając swoje życie za życie ojca Chungu Cycusa, którego zdołał ocalić. Przyjaciel polskiego misjonarza opowiada nam o misji zmarłego duchownego.

Z ks. Adamem Fijołkiem, polskim misjonarzem ze Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, rozmawia Małgorzata Bilska.

Czytaj także: Polski misjonarz utonął w Tanzanii, ratując życie innego księdza. Bohater!


Małgorzata Bilska: Ksiądz bardzo dobrze znał księdza Adama Bartkowicza, który 20 marca utonął w oceanie w Tanzanii, ratując życie innego misjonarza. Jak się poznaliście?

Ks. Adam Fijołek: W 2000 roku, kiedy byliśmy na rekolekcjach powołaniowych w Borzęcinie Dużym, w ośrodku Stowarzyszenia Misji Afrykańskich. Mieszkaliśmy w jednym pokoju. Ja wtedy zostałem z zgromadzeniu, a Adam czekał jeszcze rok, żeby zdać maturę.

Jaki był? Przed egzaminem dojrzałości.

Pragnął wyjechać na misje. To było pewne, że wróci jak tylko zda maturę. Był zdecydowany na to, co chce robić w życiu. Poza tym był rozmodlony, sympatyczny i fajny. Nie stawiał barier, był bardzo kontaktowy.

Formacja w SMA trwa dość długo. Widywaliście się w tym czasie?

Kiedy byłem na drugim roku filozofii w Borzęcinie Dużym Adam rozpoczynał pierwszy rok. Mieszkaliśmy razem, razem jeździliśmy na wykłady. Później Adam został studiować teologię, a ja kontynuowałem formację w Afryce. Byliśmy cały czas w kontakcie.

Po kilku latach spotkaliśmy się na studiach w Nairobi. Pomagałem mu czasami w nauce angielskiego, sprawdzając jego wypracowania konieczne do zaliczenia semestru. Czasem kazania. Generalnie dobrze sobie radził.

Afryka go zaskoczyła, czy była taka, jak sobie wyobrażał?

Pamiętam moment, kiedy miał takie negatywne spojrzenie na Afrykę. Ale pojechał do Polski na wakacje i wrócił zupełnie odmieniony. Nabrał znowu wigoru, siły, nadziei na to, że jeszcze można coś zrobić, zmienić. Może po prostu czuł zmęczenie…

Bardzo dobrze współpracował z Afrykańczykami w seminarium. Codziennie razem z nimi się uczyliśmy, pracowaliśmy, uprawialiśmy sport. Przyjaciół sobie zjednywał.

Dobrze pływał. Był wysportowany?

Adam był dobrej postury fizycznej i był wysportowany. Może nie był takim super sportowcem, piłka nożna to nie była jego domena. Natomiast był niesamowitym fanatykiem lotnictwa. Na komputerze miał zawsze symulator lotów. Latanie go fascynowało. To było jego największe marzenie i gdyby nie był księdzem, to pewnie zostałby pilotem.

Ośrodek misyjny w Tanzanii musiał tworzyć niemal od podstaw.

Przejął misję po kilku latach od jej opuszczenia, była bardzo zaniedbana. Ale też przepiękna. Jest położona na wyspie, na Jeziorze Wiktorii.

Miał wodę wokół?

Tak. Moja pierwsza myśl była taka, że może płynąc do jakiejś „stacji dojazdowej” tam utonął. Okazało się, że na drugim końcu Tanzanii, w Oceanie Indyjskim.

W takich sytuacjach nie uniknie się pytania „Dlaczego”? Tylko jak sobie poradzić z odejściem kogoś bliskiego? Stanąć przed dramatem, kiedy w środku wszystko się buntuje?

Każdy się wtedy zastanawia nad sensem. Myśli i o swoim życiu. Ale Pan Bóg wie… Dla nas jest zawsze za wcześnie, dla Pana Boga to jest odpowiedni moment. On wie w jakim celu powołuje taką osobę. To jest tajemnica.

Wiadomo już, kiedy odbędzie się pogrzeb?

Jesteśmy misjonarzami, w momencie święceń każdy z nas pisze testament, w którym zgadza się na to, że będzie pochowany tam, gdzie umrze. Od tego są odstępstwa. Pogrzeb odbędzie się w jego rodzinnej Dębicy w najbliższą środę, 28 marca.

Dramat jest jakoś wpisany od początku w historię SMA. Wasz założyciel, bp Melchior de Marion-Brésillac, miesiąc po przybyciu do Sierra Leone w 1959 r. zmarł na żółtą febrę, podobnie jak 5 pozostałych misjonarzy. Dziś nie ma już może masowych epidemii, ale i tak trzeba mieć sporo odwagi. Jakie cechy charakteru są potrzebne, aby zostać misjonarzem?

Myślę, że trzeba mieć więcej ufności i wiary, niż odwagi. Kiedy swoje życie oddaje się Bogu, od którego to życie pochodzi – i ono jest w Jego rękach, to nie jest ważne, czy pracuję tam czy tutaj. Wiem, że życie się kiedyś skończy i chyba na tym polega nasze zaufanie. Męczennicy od początku byli posiewem chrześcijaństwa.

Pierwszym członkiem polskiego SMA po II wojnie światowej, bo Stowarzyszenie wróciło do Polski w latach osiemdziesiątych XX wieku, był kleryk Robert Gucwa z Tarnowa. Oddał życie jako 26-latek, jeszcze nie był księdzem. Zginął w zamachu, w Republice Środkowoafrykańskiej. On nas pociąga i inspiruje. My wiemy co robimy i dla kogo pracujemy. Jest nas tylko 24 po śmierci Adama. 1 kwietnia miał obchodzić swoje 35 urodziny. W tym roku 1 kwietnia wypada Niedziela Wielkanocna. Dźwigamy krzyż, nasz założyciel mówił o szaleństwie krzyża, ale na tym się nie zatrzymujemy. Po krzyżu jest zmartwychwstanie.

...

Wiecej szczegolow o nim.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiara Ojców Naszych Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
cbx v1.2 // Theme created by Sopel & Programy