Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna
Styl ,,Corpo"...

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiedza i Nauka / Tam gdzie nie ma już dróg...
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Wto 11:11, 05 Wrz 2017    Temat postu: Styl ,,Corpo"...

RMF 24
Fakty
Polska
Śmierć na imprezie integracyjnej. 49-latek został przywiązany folią do drzewa
Śmierć na imprezie integracyjnej. 49-latek został przywiązany folią do drzewa

Wczoraj, 4 września (16:51)

​Wstępna sekcja zwłok wykluczyła udział osób trzecich w śmierci 49-letniego mężczyzny podczas imprezy integracyjnej jednej z lubelskich firm. Mężczyzna był pijany i przeszkadzał. Według nieoficjalnych informacji koledzy mieli go przywiązać folią stretch do drzewa. 49-latek zmarł.
Zmarły 49-latek pił przed śmiercią alkohol.
/Monika Kamińska /RMF FM


Policja wzięła ośmiu mężczyzn na przesłuchanie. Wszyscy - podobnie jak zmarły - spożywali alkohol w dużych ilościach. Po wytrzeźwieniu zostali wczoraj przesłuchani i zwolnieni do domów. Zaznaczono jedynie, że jest możliwa zmiana ich statusu, jeśli pojawią się nowe okoliczności.

Funkcjonariusze na razie nie potwierdzają, że zmarły 49-latek był przed śmiercią przywiązany do drzewa. Kiedy policjanci przyjechali na miejsce, mężczyzna nie był związany.

Wstępne wyniki sekcji zwłok wykluczają uduszenie jako przyczynę śmierci. Nie było też żadnych śladów sugerujących udział osób trzecich, nie było więc podstaw do postawienia komukolwiek zarzutów związanych ze śmiercią 49-latka.

Prokuratura zleciła dodatkowe badania, w tym toksykologiczne. Niewykluczone, że śmierć miała związek z ilością spożytego alkoholu. Pogłębione badania powinny dać odpowiedź, czy biorący udział w imprezie mogli się jednak w jakikolwiek sposób przyczynić do śmierci, czy też - tak jak na wstępie ustalili biegli - nie mieli z nią żadnego związku.

(az)
Krzysztof Kot

...

Styl ,,corpo". Tutaj mamy ,,imprezke integracyjna" jak to nazywaja w korporacjach...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 13:57, 12 Paź 2017    Temat postu:

Balet, języki, gra na skrzypcach. Witajcie w koszmarnym świecie korpo-dzieciństwa
Karolina Sarniewicz | 12/10/2017
Shutterstock
Komentuj


Udostępnij
Komentuj


Coraz częściej w debacie publicznej pojawia się hasło „korpo-dzieciństwo”. Według zeszłorocznych badań RDA „Free Time Report” przeciętny mały człowiek spędza na nauce i zajęciach dodatkowych aż 46 godzin tygodniowo.


R
afałek to uczeń, którego pamiętam do dziś. Miał niezwykłe predyspozycje językowe, ale mimo moich szaleńczych starań, na zajęciach z włoskiego nie przyswajał prawie nic. Ten jego bunt przeciwko nauce i wiedzy wynikał z pewnego ważnego powodu. Mimo zaledwie dziesięciu lat na karku i właściwej sobie ochoty do zabawy, w ciągu tygodnia uczęszczał na tyle zajęć, ile ja prawdopodobnie nie zdążyłam uświadczyć w trakcie niemal trzykrotnie dłuższego życia.

Po szkole prywatny szofer rodziców odwoził go na jogę bezpośrednio do domu. Po jodze, w zależności od dnia, były jeszcze: karate, pianino, francuski, skrzypce, taniec klasyczny i towarzyski, pilates i co najmniej trzy godziny odrabiania lekcji ze specjalnymi korepetytorami.


Ocalić kawałek dzieciństwa

Kiedy w piątki wieczorem na zajęcia docierałam też ja, znajdowałam ucznia w szafie, wtulonego w stertę pluszowych zabawek. „Proszę, niech pani będzie człowiekiem, nie uczmy się już”, „Czy możemy się dzisiaj pobawić?”. „A może zamiast lekcji opowiem pani, co się dzisiaj działo w szkole”.

O ból serca przyprawiał dylemat, czy sumiennie wywiązywać się z obowiązków, czy uratować małemu człowiekowi kawałek dzieciństwa. Próbowałam łączyć jedno z drugim. Robiliśmy tor przeszkód w garderobie, śpiewaliśmy śmieszne piosenki, rzucaliśmy piłką do kosza i organizowaliśmy zabawkom spektakle – wszystko po włosku.


Badania nt. korpo-dzieciństwa

Coraz częściej w debacie publicznej pojawia się hasło „korpo-dzieciństwo”. Według zeszłorocznych badań RDA „Free Time Report” przeciętny mały człowiek spędza na nauce i zajęciach dodatkowych aż 46 godzin tygodniowo (czyli zazwyczaj więcej, niż pracują jego rodzice), zaś na niezaplanowane aktywności ma w ciągu tych samych siedmiu dni zaledwie 1,5 godziny.

I chociaż Rafałek to przykład z pogranicza zjawiska, trudno nie zadać sobie pytania, gdzie leży granica między twórczym dzieciństwem z szansą na rozwój a zwyczajną torturą i odbieraniem najbardziej beztroskich w życiu lat?

Z odpowiedzią na zatrważające wyniki raportu Brytyjczyków pospieszyła agencja SW Research, która na zlecenie platformy edukacyjnej Squla.pl opublikowała we wrześniu 2016 r. badania przeprowadzone w Polsce. Dzieci ankietowanych rodziców należały do trzech grup wiekowych: przedszkolaki (w tym zerówka), klasy 1-3 i 4-6.


Prace domowe są bezużyteczne?

Według nich tylko 15% dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym nie ma zadawanych prac domowych, a odrabiają je średnio przez 2 godziny dziennie. Gdy dzieci rozpoczynają naukę w szkole, już 98% z nich ma zadawane prace domowe – 9% spędza nad nimi więcej niż 3 godziny dziennie. W starszych klasach podstawówki wszystkie dzieci mają zadawane prace domowe, a aż 15% z nich spędza od 3 do 4 godzin dziennie na ich odrabianiu.

Im starsze dziecko, tym częściej jego rodzic uważa, że nauczyciele zadają za dużo prac domowych. Wśród rodziców z dziećmi w starszych klasach podstawówki 54% z nich zgadza się z tym stwierdzeniem. 30% badanych sądzi wręcz, że prace domowe obecnie zadawane są bezużyteczne.

Mimo negatywnego do nich stosunku, rodzice chętnie wysyłają pociechy na zajęcia pozaszkolne. Średnio aż 79% z nich spędza na dodatkowych lekcjach od 3 do 8 godzin tygodniowo.

Jeśli jednak znajdzie się czas, dzieci – zdaniem rodziców – w 73% wybierają zabawę z rówieśnikami na świeżym powietrzu. Dopiero na drugim miejscu w ich hierarchii znajduje się komputer, który i tak, wedle ankietowanych, służy głównie do nauki.
Czytaj także: Twoje dziecko ma rację – „zadania domowe są głupie”


Po co dziecku zwykła zabawa

Co jest jednak złego w tym – powie ktoś – że chcemy, by nasze dzieci się rozwijały? Że dajemy im szansę doświadczyć tego, czego sami nie mogliśmy doświadczyć?

Aby odpowiedzieć, wystarczy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby rodzice Rafałka z dnia na dzień stracili płynność finansową. Jak zareagowałby ich przyzwyczajony do ciągłej aktywności i spełniania oczekiwań syn, gdyby nagle zyskał po szkole siedem godzin wolnego czasu, z którym mógłby zrobić, co tylko by chciał?

Po kilku (albo już kilkunastu) latach życia w ciągłym biegu prawdopodobnie wciąż nie wiedziałby, kim jest. Bo skąd miałby wiedzieć? Rodzicom wydawałoby się pewnie, że dali mu wszystko, co mogło mu pomóc dowiedzieć się, co sprawia mu radość. Tymczasem potraktowali go jak „przedłużenie ich samych”. Nie dali mu pola do odnalezienia tożsamości. Nie dali mu też szansy na zapoznanie się z życiem, jakiego będzie doświadczał w przyszłości.
Czytaj także: Synu, spadaj na drzewo! Czyli dlaczego warto zabrać dziecko do lasu


Nie wychowuj pracoholika

Dlaczego? Psychologowie biją na alarm. Czas wolny, zabawy zorganizowane samodzielnie (nie pod okiem dorosłego instruktora) to szalenie istotny moment w procesie dziecięcego rozwoju.

Podczas zabawy z rówieśnikami dziecko odkrywa, jak funkcjonują relacje międzyludzkie. Tworzy z innymi własny świat, oparty na swoich regułach, co sprzyja rozwijaniu twórczości i wyobraźni. Uczy się przestrzegać norm społecznych i rozwija zdolności komunikacyjne. Co ważne – nie jest wówczas zależne wyłącznie od woli dorosłych, którzy programują jego świat tak, żeby był wolny od konfliktów i naturalnych życiowych trudności.

Dorosły już Rafał – bez takich swobodnych doświadczeń – powieli schematy z dzieciństwa. Niewykluczone, że stanie się pracoholikiem, bo za każdym razem, gdy będzie miał czas wolny, doświadczy poczucia winy. Latami będzie też leczył się z perfekcjonizmu, bo naznaczony nadzwyczajnymi wymaganiami rodziców, nigdy nie będzie z siebie zadowolony. Takiego człowieka bardzo łatwo będzie zmanipulować i wrzucić w ramy bezlitosnej korporacji.
Czytaj także: Jak wychować dziecko, które sobie poradzi?
Szczęśliwe dziecko, szczęśliwy dorosły

Rafałek, który będzie miał czas na zabawę, wyrośnie na zaradnego i pewnego siebie mężczyznę. Z trudnościami społecznymi spotka się już w dzieciństwie i wypracuje metody, jak sobie z nimi radzić. Jego poczucia własnej wartości nie będą warunkowały kolejne zadania z listy „do wykonania”.

Będzie też potrafił mądrze odpoczywać i myśleć poza schematami (bo właściwych odpowiedzi nie wpoją mu z miejsca dorośli). Nie będzie biegł przed siebie bez celu niczym chomik na kołowrotku, a jest duża szansa, że będzie cieszył się życiem. Nie będzie wprawdzie grał na skrzypcach ani mówił po holendersku. Ale czy to naprawdę aż tak wielka cena za szczęśliwe i spełnione dziecko?

...

Dziecko ,,musi" byc przygotowane do wyscigu szczurow.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 13:36, 04 Gru 2017    Temat postu:

Bycie mamą to proces. Pozwól sobie na własne tempo
Dominika Wernio | 04/12/2017
Pexels | CC0
Komentuj



Udostępnij



Komentuj



Na tej drodze wzrastania w macierzyństwie pozwól sobie przeżywać ten czas we własny sposób i we własnym tempie.
Bycia mamą można się nauczyć

Macierzyństwo jest jedną z ról, którą kobieta decyduje się pełnić w swoim życiu. I tak jak wszystkie inne role tj. partnerki, żony, córki, pracowniczki, jest związane z procesem uczenia się. Nie da się wszystkiego od razu wiedzieć. Potrzeba czasu, żeby poznać swoje dziecko, siebie samą w tej nowej sytuacji, która jest przecież nie lada wyzwaniem.

Ciąża i okres okołoporodowy, choć powszechnie nazywane stanem naturalnym i przedstawiane jako wspaniały czas, jest dosyć specyficznym momentem wzmożonej wrażliwości i potencjalnych wahań, ożywiającym emocjonalną przeszłość matki. Kobieta mierzy się z wieloma zmianami, a także odpowiedzialnością za kształtowanie i trzymanie we własnych rękach nowego życia. A nowe zawsze wiąże się z jakimś lękiem czy niepewnością.
Czytaj także: Segritta dla Aletei: Maryja była heroską. Każda matka jest!


Doświadczaj macierzyństwa

Dopiero doświadczenie danej sytuacji, poczucie jej na własnej skórze oswaja i sprawia, że do pewnych spraw można podejść spokojniej. Trudno więc oczekiwać od siebie, że przy pierwszym dziecku nie będzie się doświadczać wątpliwości, lęków, frustracji, przeciążeń, a nawet wściekłości, smutku czy bezradności. To ważne, żeby odkryć i nazwać te uczucia. Z badań wynika, że kobiety, które były w stanie wyrazić lęk w ostatnim okresie ciąży, lepiej sobie radziły po porodzie.

Sytuacja kobiety, która do tej pory była Panią swojego czasu i swojego ciała, a nagle musi się dostosować do wymagań i potrzeb nowo narodzonej istotki wymaga cierpliwości. Potrzeba wyrozumiałości do samej siebie, pogodzenia się z tym, że na jakiś czas pewne potrzeby odejdą na dalszy plan, że pojawią się pewne ograniczenia, ale też dużo radości z nowych sytuacji, a także możliwość rozwoju.

Narodziny dziecka, tak jak wszystkie inne ważne wydarzenia w życiu dają kobiecie szansę na przepracowanie wewnętrznych konfliktów i relacji, na zmianę obrazu siebie i innych.


Jesteś już inna

Wszystko to sprawia, że po urodzeniu dziecka jest ona inną osobą niż przed jego poczęciem. Młoda matka potrzebuje spokoju, a przede wszystkim wiary we własne kompetencje i intuicję. Zwłaszcza, że zewsząd pojawia się mnóstwo presji, aby być super wyedukowaną, idealną matką. Zadbaną, uśmiechniętą, dającą sobie ze wszystkim radę. Niepokazującą bólu czy szalejących hormonów powodujących wahania czy spadek nastroju.
Czytaj także: Męczennice czy szczęśliwe kobiety? Matki dzieci niepełnosprawnych

Tymczasem Twoje dziecko potrzebuje „zwykłego, naturalnego człowieka”. Matki, która widzi swoje ograniczenia, akceptuje je i nie boi się popełniać błędów, bo wie, że nie urodziła się matką, ale się nią stopniowo staje. Matki, która zatrzymuje się, by poczuć co ją cieszy, co smuci, co przeraża, by określić swoje możliwości, prześledzić swoją historię i dzieciństwo. Po to, by mieć większą wiedzę o sobie, o tym czego doświadczyła w relacji ze swoimi rodzicami i co może – czasem nieświadomie – powtórzyć w relacji ze swoim niemowlęciem.


Akcja konfrontacja

Zachęcam, by skonfrontować się z modelem wychowania swoich rodziców. Zobaczyć, co dostałam a czego nie, co było dla mnie ważne i chcę wziąć od moich rodziców, a co chciałabym zmienić w swoim postępowaniu wobec dziecka. Tak, by móc stopniowo budować własne rodzicielstwo oraz szukać tych wskazówek i pomysłów, które są w zgodzie z naszymi wartościami.

Warto też prześledzić przekazy rodzinne funkcjonujące w rodzinie pochodzenia. Dobrze, jeśli są wspierające i można się na nich oprzeć. Gorzej, jeśli wtłaczają w jakiś stereotyp np. „matki Polki”. Kobiety, która wszystko zrobi na czas, będzie zawsze cierpliwa, czuła, nigdy nie straci panowania nad sobą, będzie się poświęcać swoim dzieciom, a najlepiej jak zapomni o sobie i swojej wolności.

Tymczasem warto pamiętać, że to trochę tak jak w samolocie, matka musi sobie najpierw założyć maskę, żeby uratować swoje dziecko. Podobnie w życiu, jeśli matka nie będzie o siebie dbała, nie przekaże tych możliwości swojemu dziecku.

Budując swój obraz siebie jako matki, pomocne jest, gdy kobieta może przekształcić idealistyczne wizje macierzyństwa w te bardziej realistyczne i zdroworozsądkowe, gdzie obok miłości do dziecka, czułości i cierpliwości, będzie też miejsce na trudniejsze uczucia, takie jak: złość, zniechęcenie, bezradność, rozczarowanie. Zachęcam, żeby na tej drodze wzrastania w macierzyństwie pozwolić sobie przeżywać ten czas we własny sposób i we własnym tempie.

...

To jest tez dojrzewanie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 13:37, 04 Gru 2017    Temat postu:

Firmowa „wigilia”. 7 pytań, na które musisz sobie odpowiedzieć
Mikołaj Foks | 04/12/2017
Shutterstock
Komentuj



Udostępnij



Komentuj



Wraz ze świętami, zbliżają się firmowe „wigilie”. Mimo odświętnych strojów, uśmiechów na twarzy i smacznego poczęstunku, z wielu z nich uczestnicy wyjdą zniesmaczeni. Mogło by być inaczej, gdyby organizatorzy takich wydarzeń odpowiedzieli sobie na 7 poniższych pytań.
Wigilia czy spotkanie świąteczne?


G
wiazdka, Boże Narodzenie, Święta (przez duże „Ś”), a może Nowy Rok? Oczywiście rodowód świąt jest religijny, ale jeśli ta religijność ma zostać zbanalizowana (czy nawet wyśmiana), może zrezygnować ze zbyt mocnego akcentowania tego religijnego wymiaru? W sytuacjach skrajnych lepiej spotkać się z okazji Nowego Roku niż wystawiać na szwank wartości religijne.

Równocześnie warto nazywać rzeczy po imieniu. Bo w większości polskich firm „wigilie”, to spotkania z okazji świąt Bożego Narodzenia. Przy czym nie ma co ich nazwać wigilią – wigilia to przecież nocne oczekiwanie na nadchodzące święto. „Spotkanie przedświąteczne” lub „Spotkanie świąteczne” – to lepsze nazwy też dlatego, że uwalniają od „wigilijnych zobowiązań”…
Czytaj także: Mycie okien, prezenty i gotowanie. Jaki Adwent zafundujesz sobie w tym roku?
Razem z pierwszą gwiazdką?

Do wieczerzy wigilijnej przed Bożym Narodzeniem tradycyjnie siada się wraz z błyskiem na niebie pierwszej gwiazdy. Ale każde grudniowe popołudnie to coraz szybsza galopada myśli o sprzątaniu, gotowaniu i prezentach. Dlatego nie warto robić spotkania po godzinach pracy.

Jeśli organizujemy kwadrans na wymianę oficjalnych uprzejmości, to ostatni godzina w biurze będzie odpowiednia. Na spotkanie sprzyjające budowaniu relacji międzyludzkich należy poświęcić część lub cały dzień pracy.


Mikołaj czy Trzej Królowie?

Przyjęło się, że firmowe (ale też szkolne itp.) spotkania z okazji świąt organizuje się zanim one nastąpią. Trochę to dziwne świętować coś, czego jeszcze niema. Zresztą końcówka grudnia to bardzo napięty okres. Czemu nie umówić się bliżej 6 stycznia, kiedy zdaniem wielu „nic się nie dzieje”?

Jeśli to nie jest możliwe, to datę lepiej wybrać bliżej 6 niż 24 grudnia. Firmowe prezenty można wręczyć z okazji mikołajek, a przecież już jesteśmy w okresie adwentowych przygotowań. Duża odległość od Bożego Narodzenia to większy dystans od zbyt wigilijnego menu, które dla wielu jest świętością przypisaną do tylko jednego dnia w roku.
Czytaj także: Chcesz spędzić Adwent na kanapie? Te cztery historie postawią Cię na nogi


Jasełka, czyli szopka?

Szef przebrany za św. Mikołaja? Jasełka odgrywane przez pracowników? W większość przypadków takie inicjatywy stają się „szopką” – oficjalnie wszystkim się podoba, bo nikt nie ma odwagi powiedzieć jak jest naprawdę.

Firmowe spotkanie świąteczne, to jednak nie święta w rodzinnym gronie i należy mieć tego pełną świadomość. Też z tego powodu, nie zawsze udaje się zapraszanie na takie wydarzenie pracowników z całymi rodzinami.


Razem, czyli przed telewizorem?

W wielu domach święta, to wspólny czas przed telewizorem. Może to nie najlepiej, ale zawsze razem. A w firmach co zrobić, żeby ludzie chcieli chwilę pobyć ze sobą, gdy już nie będzie co jeść?

Rodzinna moda na planszówki udziela się też biznesowi, w postaci gier szkoleniowych. Zorganizowanie firmowej gry dla kilkunastu, czy kilkudziesięciu, a nawet stu osób, to dziś nie problem. Dzięki niej ludzie lepiej się poznają i jeszcze mogą się czegoś nauczyć.


Co komu dać w prezencie?

Często nie wiemy co komu dać pod choinkę. Ten sam dylemat pojawia się w miejscach pracy. Brak nawet symbolicznego prezentu przeważnie jest bardzo źle widziany. Przy czym trzeba pamiętać, że nie jest prezentem coś takiego jak np. premia okresowa.

Prezent firmowy powinien otrzymać każdy pracownik i na każdym szczeblu powinien on być takiej samej wartości. Lepiej unikać sytuacji, w której obdarowany wolałby prezent (np. gadżet firmowy) zamienić choćby na kilogram mąki. Dlatego tak popularna jest koperta, wspierająca świąteczne wydatki.


Właściwie po co to robimy?

No właśnie! Po co organizować firmowe spotkania z okazji świąt? Jedni to robią dla przyzwoitości, inni by się pokazać, jeszcze inni liczą na spotkanie w innych okolicznościach niż wyłącznie zawodowe… Warto np. za pomocą anonimowej ankiety zapytać współpracowników, co o tym myślą.

Jeśli już wiemy po co to robimy, a nawet po co chcielibyśmy (my i inni pracownicy firmy), żeby to się odbyło, można czytać tekst od początku – bo odpowiedzi na wcześniejsze pytania mogą okazać się inne niż za pierwszym razem.

...

Corposwieta moga byc niezla tortura.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 19:55, 17 Gru 2017    Temat postu:

Powołana do dziewictwa. Jak wytrwać i świadczyć o Bogu, gdy pracuje się w korporacji?
Karolina Sarniewicz | 17/12/2017

Shutterstock
Udostępnij





Komentuj

Drukuj

Magda jest focolariną, czyli świecką osobą konsekrowaną, żyjącą we wspólnocie Focolare z innymi osobami o tym samym powołaniu. Razem z nimi wynajmuje mieszkanie. Na co dzień pracuje we włoskiej korporacji, a mało osób wie, że ślubowała Bogu dziewictwo i jako Jego „cichociemna” stara się Go przybliżać innym świeckim, niekonsekrowanym.

Karolina Sarniewicz: Powiedz mi, Magda, Ty to tak… na zawsze?

Magda: Czy na zawsze zostałam focolariną? Jasne. W duchu tak czułam, kiedy składałam pierwsze, roczne śluby i uważam, że inaczej nie miałoby to sensu. Poślubiłam Pana Boga i nie wyobrażam sobie, żeby po iluś latach się z nim rozwodzić (śmiech).

Chociaż z punktu widzenia Kościoła są to śluby prywatne, które odnawia się raz do roku i w sytuacji czyjejś rezygnacji nie rozwiązuje ich biskup, tylko przewodniczący Ruchu Focolari, a taka decyzja nie ma sankcji grzechu.
Czytaj także: O. Tomasz Nowak OP: w zakonie niesłusznie oskarżono mnie o alkoholizm. Wytrwałem i przebaczyłem



Czuję, że niektórzy świeccy odetchnęli teraz z ulgą. W Twoim imieniu.

Faktycznie. Niektórym osobom trudno zrozumieć, że mogę nie interesować się mężczyznami, nie marzyć o dziecku, które powie do mnie „mamo”. Pracuję jak inni, ubieram się tak jak inni. Praktycznie w ogóle nie rzucam się w oczy, bo nasza założycielka Chiara Lubich mówiła, żebyśmy ubierały się tak jak Maryja, która żyłaby w XXI wieku. Czyli elegancko, ale i skromnie.

W dodatku mieszkam z czterema koleżankami, też focolarinami, więc niektórym łatwiej byłoby uwierzyć, że jestem odmiennej orientacji, niż że wybrałam dziewictwo i nikt mnie do tego nie zmuszał (śmiech).



Ale to, że nie interesujesz się mężczyznami, nie znaczy, że oni nie wodzą za Tobą wzrokiem.

Staram się wtedy unikać takich osób. Często kusi mnie, żeby powiedzieć, że po prostu już kogoś mam. Bo tak właśnie czuje moje serce – że jestem zajęta. Ale to doprowadziłoby do tego, że każdy chciałby poznać mojego wybranka i nie do końca wiem, jakbym z tego wybrnęła…



Może po prostu zabrałabyś ich do kościoła?

Ja wolę jednak zanosić Jezusa do pracy subtelniej. Pracuję w międzynarodowej korporacji i spotykam tam różnych ludzi, którzy mają specyficzny stosunek do Kościoła, wiary i Pana Boga.

Zazwyczaj czekam, aż ktoś zapyta: „Widzę, że jesteś inna. Czy jest jakiś tego głębszy powód?”. I wtedy wyjaśniam, że jestem poświęcona Panu Bogu i jeśli ten ktoś chce, mogę powiedzieć coś więcej. Wtedy uświadamiam sobie, jak wielka to odpowiedzialność. Poślubiłam Pana Boga, a może nie zawsze potrafię dobrze Go reprezentować?



Pracujesz w windykacji. To dodatkowe wyzwanie.

(śmiech) To faktycznie trochę ironiczne, ale jako focolariny pracujemy, bo Jezus też pracował – oprócz tego, że głosił. Uważamy, że Bóg jest w bliźnich, więc nie można się od nich izolować. Kiedyś Pan Bóg zapyta mnie, co zrobiłam, żeby bliźni trafił do nieba i będę musiała zmierzyć się z tym pytaniem.

Dlatego dla mnie bycie osobą konsekrowaną w dziale windykacji to szanowanie każdego człowieka, niezależnie od emocji, które nam towarzyszą. Nie popieram, kiedy kolega – skoro klient na niego nakrzyczał – stosuje ostre procedury, z którymi w łagodniejszych okolicznościach mógłby jeszcze poczekać. Pewnie dość łatwo byłoby widzieć w innych Jezusa, siedząc w domu, ale o wiele większym wyzwaniem jest konsekrować każdy moment niezależnie od jego ziemskiej wartości.
Czytaj także: On zdradził, a ona się nie poddała. Potem wspólnie zawalczyli o swoje małżeństwo. Świadectwo



Więc po co Bogu powołanie do bezżeństwa? Tę samą rolę mogłabyś odegrać, wracając po pracy do męża i dzieci.

Ostatnio dowiedziałam się, że do czasu Jezusa i Maryi nie było w narodzie żydowskim – z wyjątkiem kilku proroków – osób z takim powołaniem. Ale Jezus nie założył rodziny. Maryja była żoną Józefa, ale pozostała dziewicą. W podobnej sytuacji był też Józef.

Bo tu naprawdę nie chodzi o to, z czego rezygnujemy, ale co zyskujemy. Pan Bóg nie powołuje osób do stanu bezżennego, żeby im czegoś zabronić. Nie mówi: „Ja nie chcę, żebyś był szczęśliwy w rodzinie, więc nie zakładaj rodziny”.



Albo „Poświęć się dla mnie, bo lubię jak się ktoś dla mnie poświęca”.

Właśnie. Uważam, że każdy człowiek jest powołany do małżeństwa i to jest piękne powołanie. Ale nas Pan Bóg z tego obowiązku zwolnił i dał nam czas, który możemy poświęcić dla rozwoju naszego Ruchu. Możemy jeździć do innych miast lub krajów, bo bez rodziny nie jesteśmy z żadnym miejscem związani, więc możemy dość szybko znaleźć się tam, gdzie jesteśmy potrzebni.

Jezus daje nam wolność, żebyśmy mogli pójść za nim. Jako focolarini i focolariny naśladujemy relacje Świętej Rodziny – żyjemy w miłości wzajemnej z Jezusem pośrodku. Po ludzku rzecz biorąc, nie dorobię się kariery czy majątku, ale to jest ta rzeczywistość duchowa, która daje pełnię radości.

Mogłabym robić tyle innych rzeczy, ale dopiero kiedy doświadczam duchowej obecności Jezusa, to po prostu nie mam pytań. On odpowiada na wszystkie moje potrzeby. Na przykład taką, żeby każdy mój dzień miał sens.



Jednak na pewno bywa trudno, żeby wytrwać w takim powołaniu.

Pewnie. Ale kiedy pojawiają się kryzysowe myśli, wracam do tego, że Pan Bóg wiedział, co robi, powołując mnie na to miejsce. Poza tym w naszym życiu radości też nie brakuje. Zamiast klasycznego macierzyństwa mamy macierzyństwo duchowe. To nie jest oczywiście to samo, ale jest piękne. Kto tego nie doświadczył, nie wie, jaka to radość pokazywanie innym Boga. Inna niż radość z rodzinnego życia, ale tu nie chodzi o porównywanie, co jest piękniejsze, a co mniej.

Pan Bóg, jeśli powołuje do jakiejś służby w Kościele, to nie po to, żeby się człowiek umartwiał całe życie. Są momenty, kiedy widzę piękną rodzinę, dzieci, które mówią „mamo” – do mnie nikt się tak nie zwróci. Ale Pan Bóg naprawdę wypełnia to, czego powinno mi brakować, a dzięki Niemu nie brakuje.



Czyli nie można być powołanym do czegoś, czego się nie chce?

Pan Bóg nigdy nie powołuje w strachu. Przy odkrywaniu powołania trzeba po prostu pokoju serca. Ja miałam mnóstwo wątpliwości, ale właśnie w momencie, kiedy nie wiedziałam, co mam robić w życiu, poczułam na kazaniu u dominikanów ogromną wolność, że po prostu mogę to wybrać. Pomyślałam: Skoro Pan Bóg mnie kocha, stworzył mnie i chciał, żebym była, to co najlepszego mogę sobie wybrać?

Wtedy uświadomiłam sobie, że moim najgłębszym pragnieniem było żyć dla Boga. Byłam pełna obaw, ale mimo wszystko była we mnie determinacja. Bóg pomógł mi zostawić rodzinny dom, potem nawet kraj, bo na formację pojechałam do Włoch. To było trudne, ale w tamtym momencie była we mnie wielka siła i ważne było tylko, że chcę iść za Panem tam, gdzie On chciał, żebym poszła. A On nigdy nie będzie chciał, żebym była nieszczęśliwa.

...

Nie tylko psychole sa w korporacjach... Sa jak widac ludzie z duchowoscia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Czw 9:31, 01 Mar 2018    Temat postu:

Prof. Andrzej Blikle: korporacje są jak obóz pracy

Prof. Andrzej Blikle: korporacje są jak obóz pracy
Prof. Andrzej Blikle – twórca rodzinnej firmy cukierniczej, nad której działalnością – jak przyznał ostatnio nie ma już kontroli – stwierdza, że realizacja tzw. „targetów” za wszelką cenę stosowana przez wiele korporacji wyniszcza przedsiębiorstwa. Biznesmen odnosi również wrażenie, że zagraniczne koncerny w Polsce często zarządzają pracownikami w sposób przypominający obóz pracy.

– „Targety” to „gra wojenna” między pracownikami a firmą – mówi Andrzej Blikle w rozmowie z Money.pl, oraz przywołuje przykład książki „Beyond budgeting” i jej główną tezę, która brzmi następująco:
Gdy prognoza budżetowa staje się kontraktem do zrealizowania przez zarząd i niższe szczeble, to ludzie przestają dbać o firmę i stosują różne manewry, by osiągnąć tzw. “targety”, a z nimi premie. Ja to nazywam “grą wojenną” pomiędzy pracownikami i firmą, bo w tej grze nie liczą się straty przeciwnika (czytaj: firmy).

Zagraniczne korporacje w Polsce pozwalają sobie na za dużo

Jednocześnie biznesmen rozwiewa wątpliwości, że jest wrogiem korporacji. Zwraca uwagę, iż nie tylko małe i średnie firmy, ale także wiele koncernów postępuje wbrew realizacji tzw. „targetów” za wszelką cenę. Jego zdaniem, jednak zagraniczne korporacje w Polsce odnośnie stylu zarządzania pracownikami pozwalają sobie na wiele więcej, niż w innych państwach.

Gdy rozmawiam z ludźmi, odnoszę wrażenie, że zagraniczne korporacje w Polsce zarządzają ludźmi w sposób przypominający bardziej obóz pracy niż drużynę ochotników. W innych krajach tak nie zarządzają.

Utrata kontroli nad rodzinnym biznesem

Biznesmen stwierdza też, że w jego opinii firmy rodzinne w odróżnieniu od korporacji są w stanie z większym prawdopodobieństwem przetrwać kryzysy. Dlatego, że właściciele nie traktują ich wyłącznie jako wartości ekonomiczne, ale wręcz jak ojcowiznę, której się nie porzuca i nie sprzedaje. Swoją tezę argumentuje szwajcarskimi badaniami przeprowadzonymi kilka lat temu w UE.

Jednak jak ostatnio przyznał na swoim profilu na Facebooku, uważany za ikonę rodzinnego biznesu prof. Andrzej Blikle odcina się od swojej firmy. Biznesmen, który zarządzał założoną w 1869 roku cukiernią „Blikle” przyznał, że stracił nad nią kontrolę i jej działalność nie jest zgodna z jego filozofią.

Najprawdopodobniej przyczyną takiego stanu rzeczy jest fakt, że prof. Andrzej Blikle jest od kilku lat w przedsiębiorstwie jedynie mniejszościowym udziałowcem. Większościowy pakiet posiada fundusz inwestycyjny Vertigo – duża

...

Celem ekonomii jest jak jak najlepsze wykorzystanie zasobow ziemi a nie zysk! Zauwazcie ze niszczenie zasobow tez moze dawac zysk. Niszczenie ludzi takze! Zysk jednego moze byc szkoda dla wielu. To jestjest antyekonomia.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 12:00, 04 Lip 2018    Temat postu:

Produkcyjne piekło, słaba kultura zarządzania. Rysy na wizerunku Elona Muska
03.07.2018, 07:14 | Aktualizacja: 03.07.2018, 09:01
Facebook3Google Plus0Wykop0Tweet
3
Elon Musk
Elon Musk / Polska Agencja Prasowa / TESLA

Jakub Kapiszewski
Elona Muska przyrównuje się do Tony’ego Starka, komiksowego inżyniera miliardera, prowadzącego równoległe życie jako superbohater Iron Man. Na tym wizerunku pojawiają się jednak rysy.

Na razie Musk świętuje. Jego fabryce w kalifornijskim Fremont udało się osiągnąć ważny cel produkcyjny. Z taśm zakładu w ciągu tygodnia zjechało 5 tys. egzemplarzy Modelu 3, czyli wariantu Tesli przeznaczonego dla masowego odbiorcy. Utrzymanie, a także powiększenie tego poziomu produkcji będzie kluczowe, jeśli firma chce stanąć na równi z koncernami samochodowymi.

Po półtorej dekady działalności (Tesla została zarejestrowana w 2003 r.) ten cel wciąż jednak wydaje się odległy – nawet jeśli sam Musk w wiadomości do wszystkich pracowników ogłosił, że „chyba właśnie staliśmy się prawdziwą firmą motoryzacyjną”. 5 tys. pojazdów jednego modelu tygodniowo to 260 tys. aut rocznie, czyli tyle, ile passatów pierwszej generacji Volkswagen wyprodukował… w 1975 r. (ewentualnie garbusów w 1955 r.).

Czytaj więcej
Musk wysłał w kosmos samochód i... przestrzelił. Tesla leci w stronę pasa asteroidów
Biznesmen zbija takie porównania, tłumacząc, że nie można zrobić wszystkiego od razu. I dodaje, że przejście na masową produkcję nie będzie łatwe dla firmy dotychczas utrzymującej się z niskoseryjnej produkcji aut luksusowych. Dla czasochłonnej optymalizacji linii produkcyjnej wymyślił nawet nazwę „manufacturing hell”, czyli „produkcyjne piekło”. Nie zmienia to jednak faktu, że taki poziom produkcji obiecał już półtora roku temu: Tesla miała go osiągnąć pod koniec 2017 r.

Nie przejmujcie się dupkami

To jednak nie złamane obietnice stanowią największy problem Muska (a było ich wiele, jak np. podróż z jednego wybrzeża USA na drugie w pełni autonomiczną Teslą do końca 2017 r., która nigdy się nie odbyła), a raczej niepokojące doniesienia, jakie w ciągu ostatniego roku zaczęły dochodzić zza ścian będącej giełdowym pupilkiem firmy (Teslę rynek wycenia na ponad 10 mld dol. więcej niż Forda).

Byli i obecni pracownicy skarżą się na słabą kulturę zarządzania w firmie, która owocuje tolerancją dla nieparlamentarnego języka, permanentnych nadgodzin oraz zamiataniem pod dywan problemów z bhp. Wrażenie to potęgują wycieki z firmy, w tym e-maile pochodzące od samego Muska. W wiadomości odnoszącej się do stosunków panujących w firmie biznesmen napisał: „Jeśli ktoś zachowuje się wobec ciebie jak dupek, ale szczerze przeprosi, to ważne jest, aby mieć grubą skórę i zaakceptować przeprosiny”.

Czytaj więcej
Miliarder Elon Musk przedstawił plan kolonizacji Marsa
W innym e-mailu, który wyciekł, Musk zapowiadał, że firma za bardzo obrosła w tłuszcz i musi pozbyć się kilku poddostawców (konkretniej biznesmen porównał ich do pąkli, skorupiaków, które przyczepiają się do kadłubów okrętów) – co oburzyło pracującą dla Tesli załogę tych firm. Nie trzeba dodawać, że ani sugestia „grubej skóry”, ani „czyszczenia pąkli” nie spotkały się z ciepłym przyjęciem na zewnątrz.

Kretyńskie pytania nie są spoko

Doniesienia o słabym bhp, o kiepskiej kulturze nie powstrzymały jednak miłości rynku do firmy. Na początku grudnia 2016 r. akcje Tesli rynek wyceniał na 180 dol. Teraz jest to prawie dwa razy więcej. To uczucie jest kluczowe dla przetrwania Tesli, bo firma wciąż straty w bieżącej działalności pokrywa środkami z zewnątrz. Ale Muskowi udało się zachwiać nawet nim, kiedy podczas marcowej konferencji z analitykami zbył niewygodne pytania odnośnie do bieżącej działalności. Kiedy jeden z ekspertów zapytał, jakie są szanse, że firma osiągnie 25-proc. marżę na Modelu 3, prezes odparł: „Nudne, kretyńskie pytania nie są spoko. Następny?”. A kiedy inny zapytał, ilu klientów, którzy złożyli rezerwację na nowy model, planuje w ogóle jego kupno, Musk stwierdził: „Przepraszam. Te pytania są strasznie nudne. Zabija mnie to”.

Niechęć do rozmowy o kluczowych parametrach finansowych jest jednak czymś, czego rynek nie puszcza płazem nawet Tesli, w związku z czym spółka błyskawicznie straciła po tej konferencji na wartości o jedną dziesiątą. Ostatecznie jednak Muskowi takie rzeczy uchodzą na sucho, bo – jak wielu przedsiębiorców z Doliny Krzemowej – jest nierozerwalny ze swoim biznesem.

Czytaj więcej
Dookoła Księżyca i z powrotem... Prywaciarze zdominują kosmiczną turystykę?
W świecie krawaciarzy trzęsących się nad każdym publicznie wypowiedzianym słowem Musk, który swoją marsjańską rakietę nazywa oficjalnie „wielką *** rakietą” („big fucking rocket”), jest jak biznesowy celebryta. I taką też cieszy się popularnością. Na Twitterze obserwuje go 22 mln osób – więcej niż Beyoncé (15,3 mln) i parę milionów mniej od Kanye Westa (28,6 mln; chociaż znacznie mniej niż takie gwiazdy jak Rihanna – 88,9 mln). Media informują o każdym jego przedsięwzięciu biznesowym, nieważne, jak niewiarygodne by było – jak „The Boring Company”, czyli „Firma Drążąca” (w języku angielskim słowo „boring” oznacza również „nudny”), która ma zrewolucjonizować kopanie tuneli.

Kosmos

Musk umiejętnie robi hałas wokół swoich przedsięwzięć, ale nie jest też tak, że król jest nagi. Jego inna, starsza o rok od Tesli firma – czyli SpaceX – wielokrotnie udowodniła, że dysponuje technologią pozwalającą na obniżenie kosztów transportu kosmicznego. W niedzielę miał miejsce 12. start rakiety z logotypem firmy, co oznacza, że de facto prywatne przedsiębiorstwo wysyła w ciągu roku więcej rakiet w niż rosyjska czy europejska agencja kosmiczna.

Oczywiście Musk nie lubi podkreślać publicznie, że SpaceX nie istniałoby bez państwowej pomocy – przede wszystkim pod postacią kontraktu z NASA na dowóz zapasów na Międzynarodową Stację Kosmiczną (niedzielny start był 15. tego typu misją firmy). Ale prawdą też jest, jak czytamy w jego biografii pióra Ashlee Vance, że biznesmen wstrzyknął do branży kosmicznej trochę inżynierskiego zdrowego rozsądku. Zamiast przy budowie rakiet sięgać po komponenty z rynku, kazał swoim inżynierom wiele z nich opracować na własną rękę. „To jest prostsze niż mechanizm do otwierania bramy garażowej. Zrób to samo za ułamek rynkowej ceny. Masz pół roku” – powiedział jednemu z pracowników, który miał oszacować koszt jednego z elementów rakiety Falcon 9 (udało się).

Musk nie lubi też obnosić się z poglądami, które mogą być uznane za niepopularne społecznie, jak np. z tym, że nie znosi transportu publicznego. „Jedziesz z masą obcych ludzi, z których jeden może być seryjnym zabójcą. Świetnie” – mówił podczas konferencji w zeszłym roku.To sprawiło zawód części jego fanów, którzy myśleli, że człowiek chcący poprawić funkcjonowanie komunikacji masowej – zarówno firma od drążenia tuneli, jak i Hyper loop mają być odpowiedzią na jej problemy – nie do końca utożsamia się z jej użytkownikami.

Być może te sukcesy sprawiły, że Musk uważa, że może mówić, co chce. Kiedy media doniosły o różnych nieprawidłowościach w Tesli, Musk zaatakował branżę na Twitterze jako nierzetelną, nastawioną tylko na zysk i pozbawioną szacunku czytelników. Zagroził też powołaniem serwisu, na którym internauci ocenialiby „prawdziwość” poszczególnych artykułów, autorów i całych mediów. „Nikt już wam nie wierzy” – napisał. Zupełnie jak oryginalny Iron Man, który też miał problemy z opinią publiczną.

...

Prymitywny cham uzywajacy knajackiego jezyka ale ma duzo kasy. To szacun. Jakze typowe dla USA. Zjawisko szacunku dla kogos z powodu tylko kasy prowadzi ze kasa rzadzi. Jest to typowe dla anglosasow zjawisko plutokracji.

Plutokracja (gr. πλουτοκρατία plutokratia "rządy bogatych", od wyrazów πλοῦτος plutos "bogactwo" + κρατέω krateo "rządzę") – system sprawowania rządów, w którym podstawową zasadą władzy jest bogactwo.

Jest to patologia sprzeczna z nasza polską przypominam najlepsza na swiecie kulturą.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 20:54, 04 Lip 2018    Temat postu:

Tesla nie sprawdza hamulców w Modelu 3? Pracownik zdradza szczegóły

Kilka dni po ogłoszeniu świetnych wyników Tesli, nad firmą ponownie pojawiają się czarne chmury. Według jednego z pracowników, Elon Musk rozkazał pracownikom firmy, by nie przeprowadzali kluczowych testów dla Modelu 3. Producent zaprzecza.
Tesla Model 3 powstaje teraz na specjalnej linii montażowej pod namiotem.
TESLA MODEL 3 POWSTAJE TERAZ NA SPECJALNEJ LINII MONTAŻOWEJ POD NAMIOTEM. (FOT. TWITTER/ELONMUSK)
REKLAMA

Tesli w końcu udało się rozwiązać problemy z produkcją Modelu 3. Firma pochwaliła się, że w ciągu tygodnia wyprodukowała ponad 5000 egzemplarzy samochodu. Teraz na jaw wychodzą fakty, które umniejszają osiągnięciu producenta. Charyzmatyczny szef miał rozkazać swoim pracownikom, by nie przeprowadzali testów "brake-and-roll" na gotowych modelach 3.

Według pracownika, który ze sprawą zgłosił się do dziennikarza Business Insider, testów zaprzestano 26 czerwca o 3 rano czasu lokalnego, czyli drugiego dnia świetnego tygodnia. Badanie jest kluczowe przy sprawdzaniu jakości wyprodukowanego samochodu. Weryfikuje, czy koła są odpowiednio ułożone i sprawdza funkcjonowanie hamulców. To szczególnie ważne, bo już wcześniej eksperci mieli uwagi co do ich wydajności.

System, używany przez Teslę do weryfikacji procesu produkcyjnego Modelu 3 ma teraz pozwalać na opuszczenie przez samochód linii montażowej bez konieczności przeprowadzania testu. Zapytany o komentarz przedstawiciel producenta zapewnił, że wszystkie auta przechodzą rygorystyczne kontrole jakości.

....

Horror sie robi.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Nie 13:15, 15 Lip 2018    Temat postu:

Nowy dyrektor kreatywny Pixar’a: Proszę Boga o pomoc. To wpływa na moją pracę
J-P Mauro | 10/07/2018
PETE DOCTER
Aplha Baymax | Disney Wikia
Udostępnij 87
Pete Docter, człowiek, który stoi za takimi animacjami jak „Toy Story”, „Potwory i spółka” czy „Odlot”, przejmuje stery w Pixar. I otwarcie przyznaje, że jest chrześcijaninem.

Pixar Animation Studios, amerykańska wytwórnia filmów animowanych (od 2006 roku wchodząca w skład korporacji Disney), ma nowego dyrektora kreatywnego. Został nim Pete Docter. Decyzja zapadła po tym, jak John Lasseter, jego poprzednik, opuścił firmę z powodu oskarżeń o niestosowne zachowania.



Pete Docter: Skierujemy animacje na nowe tory
Docter pracował dla Pixar od czasów Toy Story (1995) i odegrał niemałą rolę w produkcjach tego studia. W ciągu następnych kilkunastu lat pracował nad kolejnymi hitami Pixara, takimi jak „Potwory i spółka” czy „Odlot”.

W oświadczeniu, które udostępnił „Christian Post”, Docter miał powiedzieć:

Jestem podekscytowany propozycją objęcia nowego stanowiska. Nie jest to coś, co przychodzi mi lekko. Tworzenie filmów w Pixar było moją obsesją, odkąd zacząłem tu pracować 28 lat temu.
Pete Docter dodał:

Mam to szczęście, że współpracuję z najbardziej utalentowanymi ludźmi na świecie i razem będziemy kierować animacje na nowe tory, wykorzystując najnowszą technologię do opowiadania historii, które – mamy nadzieję – zaskoczą i zachwycą publiczność na całym świecie.


Szef Pixara: Bóg pomaga w relacjach w pracy
Krótko przed premierą „Potworów i spółki” Pete Docter udzielił wywiadu, w którym otwarcie mówił o swojej wierze i o tym, jak wpływa ona na jego pracę:

Wiele lat temu, kiedy po raz pierwszy przemawiałem w kościele, byłem trochę zdenerwowany rozmową o chrześcijaństwie i mojej pracy. To się mogło nie kleić. Ale z biegiem lat – dla mnie coraz bardziej to się łączy. Proszę Boga o pomoc, i to zdecydowanie wpływa na to, co robię. Pomaga mi się uspokoić i skupić. Były chwile, kiedy za bardzo stresowałem się tym, co robiłem, a teraz po prostu robię krok do tyłu mówiąc: Boże, pomóż mi przez to przejść. Taka postawa naprawdę pomaga zachować właściwą perspektywę, nie tylko w stosunku do rzeczy i pracy, ale także w relacjach.

Na początku zatrudnia się ludzi, biorąc pod uwagę wyłącznie ich talent, ale w końcu pracownicy, którzy naprawdę daleko sięgają, okazują się dobrymi ludźmi. Są dobrzy we współpracy i myślę, że Bóg naprawdę pomaga w tych relacjach.
Nie wiadomo, jak nowy dyrektor kreatywny wpłynie na kolejne produkcje Pixara. Pete Docter nie wspominał nigdy, by myślał o przygotowaniu nawiązującej do chrześcijaństwa animacji, ale… kto wie?

....

Czyli oni wyznaczaja trendy animacji ale to jest moloch bo w USA wszystko jest scentralizowane patologicznie. Zyczymy zeby go nie zdemoralizowal ten caly satanizm
Jak wiemy animacje zachodu maja teraz zadanie demoralizowac spoleczenstwo. W animacjach ma byc LSBGT. Bo to sa satanisci. Nie wolno tego robic.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 14:21, 18 Lip 2018    Temat postu:

Elon Musk przeprasza za nazwanie nurka z Tajlandii pedofilem

Elon Musk przeprosił brytyjskiego nurka Vernona Unswortha, który pomógł uratować 12 chłopców i ich trenera z jaskini w Tajlandii, za nazwanie go pedofilem.

..

Szok! Wciskal sie tam dla reklamy a jak ldmowili mu. To sie obrazil. II pedofile sie pojawili.
Czy jest jakis normalny kapitalista?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
BRMTvonUngern
Administrator



Dołączył: 31 Lip 2007
Posty: 85703
Przeczytał: 194 tematy

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pią 7:59, 20 Lip 2018    Temat postu:

Musk i DeepMind nie chcą pracować nad robotami bojowymi
wczoraj, 08:00 | Technologia
[link widoczny dla zalogowanych]
Podczas International Joint Conference On Artificial Intelligence, która odbywa się właśnie w Sztokholmie, Future of Life Insitute zaprezentował dokument, którego sygnatariusze zobowiązali się do nieprowadzenia prac nad śmiercionośnymi autonomicznymi systemami bojowymi. Dokument podpisało ponad 160 organizacji i ponad 2400 osób. Wśród sygnatariuszy znajdziemy m.in. google'owskie DeepMind u jego założyciele czy Elona Muska. DeepMind to twórca algorytmów sztucznej inteligencji, które pokonały człowieka w go.
My, podpisani poniżej, uznajemy, że decyzja o odebraniu życia człowiekowi nigdy nie powinna być podejmowana przez maszynę. Moralnym uzasadnieniem takiego stanowiska jest przekonanie, że decyzja o odebraniu życia nie może zostać podjęta przez maszynę, za którą to decyzję odpowiedzialni będą inni lub nikt. Argument praktyczny zaś brzmi: wprowadzenie do użytku śmiercionośnej, autonomicznej broni, która będzie wybierała cele bez interwencji człowieka, będzie miało destabilizujący efekt zarówno na państwa jak i na poszczególnych ludzi, czytamy w oświadczeniu.
My, niżej podpisani, wzywamy rządy do stworzenia międzynarodowego prawa zabraniającego istnienia autonomicznych systemów bojowych. [...] nie będziemy nigdy uczestniczyli ani wspierali rozwoju, wytwarzania, handlu ani użycia śmiercionośnych autonomicznych systemów bojowych. Wzywamy firmy technologiczne, organizacje, liderów politycznych i społecznych oraz prawodawców i wszystkich innych ludzi do przyłączenia się do nas.
Niezależnie od powyższego apelu 26 państw wezwało do nałożenia światowego zakazu tworzenia śmiercionośnych autonomicznych systemów bojowych. Państwa te to Algieria, Argentyna, Austria, Boliwia, Brazylia, Chile, Chiny, Kolumbia, Kostaryka, Kuba, Dżibuti, Ekwador, Egipt, Ghana, Gwatemala, Watykan, Irak, Meksyk, Nikaragua, Panama, Pakistan, Peru, Palestyna, Uganda, Wenezuela i Zimbabwe.
Wśród instytucji podpisanych pod zobowiązaniem znajdziemy University College London, Europejskie Stowarzyszenie Sztucznej Inteligencji, portugalski Universidade NOVA czy Polskie Stowarzyszenie Sztucznej Inteligencji. Apel podpisało wielu naukowców zajmujących się robotami, informatyką i sztuczną inteligencją. Znajdziemy tam uczonych z Uniwersytetu w Montrealu, Uniwersytetu Nowej Południowej Walii, New York University, MIT, Uniwersytetu Kalifornijskiego, Cornell University i wielu innych szacownych instytycji naukowo-badawczych.

...

Oczywiscie cenne ze Musk wsparl dobro. Nie pomijajmy tego.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Religia,Polityka,Gospodarka Strona Główna -> Wiedza i Nauka / Tam gdzie nie ma już dróg... Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
cbx v1.2 // Theme created by Sopel & Programy